Trening / 

Zmagania rowerowe w Tatrach – Day 2

Prawie 60 km trasy po ostrych górach dla niedoświadczonego kolarza to czasem zbyt wiele. Przekonał się o tym Leon, który dzień później musiał spasować. Dlatego na drugą przejażdżkę naszego mini zgrupowania wyjechałem sam. Tradycyjny dziesięciokilometrowy podjazd pod Głodówkę na zmęczonych nogach wydawał być się bardziej stromy niż wczoraj. Tym razem dla odmiany po pokonaniu przełęczy postanowiłem pojechać na zachód w kierunku Cyrhli i Mursasichle. Tą trasą jechałem na rowerze po raz pierwszy w życiu. Po serii ostrych zakrętów w dół, byłem nieco zawiedziony, że trasa będzie już tylko z górki. Dlatego po drodze odbiłem na chwilę do Małego Cichego. Jakie było moje zdziwienie, kiedy odkryłem tam, w środku głuszy, na szczycie, piękny i nowoczesny ośrodek narciarski. No i te widoki. Muszę przyznać, że tego dnia pogoda była przepiękna, a panorama Tatr ujmująca i dobrze widoczna jak nigdy. Mimo mocno świecącego słońca, wcale nie było tak ciepło, pewnie dlatego, że wystartowałem z domu przed 9 rano. Musiałem jeszcze bardziej uważać na zacieniony fragmenty jezdni, bo było niebezpiecznie ślisko. Momentami na podjazdach tylne koło ślizgało się na pokrytej cienką warstwą porannego szronu jezdni. Po opuszczeniu Małego Cichego postanowiłem dojechać do Mursasichle. Wbrew pozorom ta trasa wcale nie jest taka łatwa. Przede wszystkim trzeba sporo podjechać aż do zjazdu do tej słynnej podhalańskiej miejscowości. Mając jeszcze sporo czasu i zbyt mało najechanych kilometrów uznałem, że czas najwyższy na ostateczne upodlenie.


Od dawna chodziło za mną zmierzenie się ze słynnym podjazdem z Białego Dunajca na szczyt Gliczarowa Górnego. Tak zwaną ścianą Bukowina. Tą samą która wyciska łzy zawodnikom PRO Touru podczas Tour de Pologne. Wcześniej jakoś nie paliło mi się w tamte rejony, bo oznaczało to zahaczenie o niespecjalnie bezpieczną Zakopiankę. Kiedy w końcu rozpocząłem wspinaczkę i pokonałem pierwszą ściankę, naiwnie śmiałem pomyśleć, że nie taki diabeł straszny, albo co gorszą, że jestem mega kozakiem. Z mega kozactwa nic nie pozostało ledwie kilkadziesiąt sekund później, kiedy po krótkim wypłaszczeniu, oczom mym ukazał się kolejny hardkorowy podjazd. Znacznie bardziej stromy i znacznie dłuższy. 20 % podjazd wchodzi w nogi i dość szybko zrezygnowałem z pozycji siedzącej. Mijani po drodze górale z sympatią, ale i politowaniem patrzyli na moje cierpienia. A tych nie brakowało. W pewnym momencie jechałem 5km/h. Tak właśnie. I zataczałem się od krawężnika do krawężnika. Palące uda i łydki z trudem przepychały pedały, mimo, że korzystałem z maksymalnie miękkiego przełożenia. Lokalesi chyba zdają sobie sprawę jak trudne to przedsięwzięcie, bo kierowca, którego swoim pijanym slalomem niechcący przyblokowałem, zamiast obtrąbić i zasłużenie zrugać, uśmiechnął się serdecznie i pokazał kciuk skierowany w górę. Może nie jestem teraz w najwyższej formie, ale było kilka momentów, kiedy chciałem się zatrzymać, szczególnie wówczas, gdy po kolejnym zakręcie okazywało się, że ta cholerna góra nie ma końca. A pomyśleć, że na starcie, widząc znak drogowy informujący, że do Gliczarowa Górnego są tylko 4 km, pozwoliłem sobie parsknąć śmiechem. Wspinając się na ostatnie metry, już 1000m.n.p.m.wcale nie było mi do śmiechu, chociaż, byłem cholernie szczęśliwy i dumny z siebie, że jednak dokręciłem do końca. No i to przewyższenie. Na dystansie 5 km podjechałem z poziomu 730 metrów na 1030. Na deser było trochę odpoczynku podczas szybkiej jazdy w dół doliny. Deser o tyle smaczniejszy, że na asfalcie wciąż widać bardzo wyraźne napisy zachęcające naszych zawodników, z rewelacyjnym Rafałem Majką na czele do walki na trasie tego najtrudniejszego etapu TdP. Po nieco ponad 2 godzinach i zaledwie 47 km na liczniku dojechałem do domu ujechany jak koń po westernie. I bardzo zadowolony.

Pomyśleć, że chłopcy z ProTouru pokonują podjazd pod Gliczarów cztery razy, tak jak i cztery razy muszą walczyć z niemniej morderczą serpentyną prowadzącą do najwyższej miejscowości w Polsce , czyli słynnego za sprawa naszego mistrza olimpijskiego Zębu. Coś czuję, że podczas kolejnej wizyty na Podhalu, właśnie tam skieruje swoje kroki…tzn.koła ;-).

P.S. Już w Warszawie dowiedziałem się od Mikołaja Pytla z Airbike, że już podjechanie pod Gliczarów bez podpórki jest jakimś tam sukcesem. Czyli sukces:-)[youtube

[sgpx gpx=”/wp-content/uploads/gpx/tatry_day_2.gpx”]

Maciek – 37 lat, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top