Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja, Trening / 

Wujek Google i cierpienia młodego rekonwalescenta!!

Od momentu kontuzji przeżywam różne stany. Od greckiej tragedii, przez zobojętnienie, po ślepą wiarę w to, że zostanę bohaterem. A sorry. O tym już pisałem. No tak. Powtarzam się. Pewnie dlatego, że ten cały okres potwornie mi się dłuży. Ale przede wszystkim nigdy nie wiem czy kolejnego dnia rano obudzę się w dobrej formie, pełen woli walki i wiary w to, że już za kilka tygodni wrócę do treningów, czy może będzie to dzień depresji i poczucia, że to wszystko jest bez sensu, że szanse na starty w tym sezonie są bliskie zeru. To zresztą wcale nie jest tak bardzo nierealny scenariusz. Wielu doświadczonych zawodników i lekarzy sugeruję mi, abym był przygotowany na „totalne (nie)poruszenie” czyli odpuszczenie 2017 roku. Że niby lepiej nie wracać na siłę, tylko porządnie się wyleczyć i w kolejnym sezonie ścigać się już na maksa. Taaa. Łatwo powiedzieć, szczególnie, kiedy zbliża się okres zawodów i wszyscy szlifują formę. Jak tylko zapominam o tej nieciekawej perspektywie i powoli godzę się z tym co być może nieuniknione, zaraz musi zdarzyć się coś, co skutecznie powala mnie na deski. W zeszłym tygodniu do szału doprowadzała mnie funkcja przypominacza w kalendarzu Google. Najpierw to upierdliwstwo za wszelką cenę, na wszystkie możliwe sposoby informowało mnie, że za kilka dni mam wylot do Chin na zawody Ironman 70.3. Nie ważne, że już dawno skasowałem ten bilet, nieistotne, że pieniądze są już z powrotem na moim koncie. Cholerny „reminder” pikał mi co chwila, a ja z uporem maniaka próbowałem wykasować całe wydarzenie z kalendarza. Na próżno. Przeklęta synchronizacja!! Jak tylko skasowałem coś w telefonie, to mi się odświeżało w komputerze. Kiedy pozbyłem się cholerstwa w komputerze, to po chwili dostawałem maila! Szlag by to trafił. Taka sama sytuacja powtórzyła się zresztą z rezerwacją hotelu! I jak tu z godnością radzić sobie w mentalnym kryzysie?!

Jak bardzo nie chciałbym się odciąć od spraw związanych z bieganiem, z triathlonem i tym podobnymi tematami to i tak wciąż jestem atakowany jakimiś sportowymi niusami. W gruncie rzeczy sam sobie założyłem taką pętlę na szyję. Wchodzę na FB i od razu lewy prosty na podbródek. Z pośród prawie 2 tysięcy znajomych 90% to wszelkiej maści ludzie powiązani ze sportem, którzy takim dziwnym zrządzeniem losu na portalach społecznościowych głównie pokazują jak trenują lub jeszcze gorzej – jak się ścigają. Jeszcze gorzej na Instagramie. Tam dominują zdjęcia. A nic nie wkurwia  uziemionego gościa bardziej niż piękne fotki zgrabnych, wysportowanych ciał. No to może chociaż poczytam jakieś zupełnie niezwiązane z aktywnym stylem życia portale. O nie. Google i tutaj mi nie odpuści. Namiętne oglądanie oglądajanie przez ostatnich 6 lat stron o triathlonie, kolarstwie czy bieganiu nie umknęło jego uwadze. Co chwila wyskakują mi jakieś adwordsy – a to z batonami energetycznymi, a to z kołami do roweru, nowymi zegarkami biegowymi czy izotonikami. Nawet na cholernej stronie o samochodach musi mi się pojawić reklama bagażników rowerowych. W poszukiwaniu wewnętrznego spokoju uciekam na portal turystyczny celem wykupienia emeryckiej wycieczki w ciepłe kraje dla osób lubiących wygodę, lenistwo i mnóstwo żarcia – czytaj All Inclusive. No bo co mi więcej pozostało. Oglądam zdjęcia rozlazłych grubasków, beztrosko opalających swoje sadełko w śródziemnomorskim słońcu nad brzegiem basenu, z drinkiem w ręce. Obok leżaków stoły uginają się od niezdrowych i wysokokalorycznych frykasów. Wreszcie coś dla mnie, wreszcie bez tych wycieniowanych, wysportowanych, przechwalających się swoimi Watami, HRMami i tempami szpanerów. I kiedy już witam się z gąską, delektuje się przyszłym urlopem bez zbędnej presji, wyskakuje reklama…obozów triathlonowych. To jakiś podły żart!

Za to ostatni weekend zamienił się w średniowieczną salę tortur. Nie dość, że z zazdrością obserwowałem jak sobie świetnie radzą znajomi podczas „moich” zawodów w Chinach, to jeszcze dzień później na dokładkę stałem się biernym świadkiem heroicznej walki z dystansem i temperaturą podczas Ironmana w RPA silnej polskiej grupy zawodników. Jak tu usiedzieć w spokoju, kiedy widzę jak moi bliscy koledzy dają z siebie wszystko, a ja mogę tylko zazdrościć. Zainspirowany filmem z finiszu jednego z naszych – Radka Pawłowskiego wychodzę z domu, wsiadam na rower i chociaż czysto rekreacyjnie chcę wykręcić parę kilometrów. Lepsze to niż leżenie na kanapie. Mimo zawrotnych 20 km/h staram się wczuć w klimat rywalizacji, ocierania się o granicę własnych możliwości, przewalczania kryzysów i momentów zwątpienia. Przecież kontuzja to trochę taka „ściana”, którą trzeba pokonać, żeby móc kontynuować wyścig. I kiedy pogodzony z aktualną sytuacją wreszcie jestem bliski osiągnięcia stanu ZEN dostaje powiadomienie z kalendarza. „Za godzinę masz wylot z Chin do Warszawy!” – do jasnej cholery. Wujku Google!! Daj żyć!! To się nazywa spektakularny nokaut!

 

P.S. Na dole film ze wspomnianego epickiego finiszu Radka Pawłowskiego!!!

 

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top