Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

Upalny Szczecin – ciężkie Mistrzostwa Polski 1/4 IM

Czym dłużej i poważniej bawię się w sport, tym co raz lepiej rozumiem, że nie da się każdych zawodów traktować z takim samym zaangażowaniem. Ciężko co dwa tygodnie startować do odcięcia, cały czas licząc na progres. Po pierwsze organizm ma swoje granice. Po drugie wypada też kiedyś trenować. Przy założeniu, że ostatni tydzień przed zawodami trzeba troszkę wyluzować, a i po imprezie należy chwilę odpocząć, to na pracę nad formą zostaje kilka dni. W ten sposób niczego osiągnąć się nie da. Świadomy tych prawd, w tym sezonie stosuję wyraźną gradację startów, tak aby prawdziwy gaz był na te najważniejsze.

IMG_5158

Mistrzostwa Polski w Szczecinie na ¼ IM pojawiły się w moim kalendarzu raczej przez przypadek. Początkowo w ogóle nie planowałem żadnego ścigania w 2 tygodnie po połówce w Danii. Jednak życie sportowca-amatora to nadzwyczajna sztuka łączenia życia rodzinnego, zawodowego i zawodniczego. Kiedy okazało się, że moja małżonka dzień wcześniej gra spektakl w niedalekich Międzyzdrojach, znów całkiem przez przypadek zaproponowałem wspólną podróż nad morze, gdzieś między wierszami wspominając o imprezie w Szczecinie. Mojemu trenerowi Piotrkowi Netterowi, który nie przepada za moją miłością do ciągłych startów, delikatnie zasugerowałem, aby sobotnią mocną zakładkę zamienić w niedzielne nieco mocniejsze zawody.

11659224_846835815399307_3336667045759812815_n

Piotr poradził tylko, żebym zachował zdrowy rozsądek i trochę odpuścił. No chyba, że będę się świetnie czuł, to wtedy mogę docisnąć. Jednak prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. W Szczecinie na niedzielę zapowiadano ponad 35cio stopniowe upały, a trasa biegowa, która już w zeszłym roku była jedną z trudniejszych w kraju, została jeszcze podrasowana o dodatkowy podbieg.  Prawdę mówiąc, większych szans na wybitną formę nie miałem. Mocne treningi na Minorce w ostatnich dniach weszły mi w nogi. Cały dzień w piątek pracowałem, a wieczorem spędziłem 8 godzin w samochodzie w drodze do Międzyzdrojów. Upalna sobota też dała mi się we znaki, bo w ciągu dnia musiałem jeszcze ponagrywać coś do radia, co oznaczało latanie po całym mieście. Ostatecznie do Szczecina dotarłem dopiero przed północą. Zanim złożyłem rower i przygotowałem resztę sprzętu, trochę minęło, a już o 6 rano musiałem być na śniadaniu, bo start zaplanowano na dziewiątą.   Jakież było moje zdziwienie, kiedy na strefie zmian zobaczyłem śmietankę polskiego triathlonu, z naszym najwybitniejszym zawodnikiem ostatniego 20lecia – Markiem Jaskółką na czele, który formalnie jest w mojej kategorii wiekowej. Wcześniej byłem przekonany, że szczecińska impreza mimo swojej rangi nie będzie miała wysokiego poziomu, a tu taki psikus.

IMG_5083

Moja najwierniejsza kibicka ;-)

Nie będę Was zanudzał kolejną relacją z zawodów. Skupię się jedynie na najważniejszych wątkach. Pływanie w Odrze – doświadczenie z kategorii bizarre. Coś dla koneserów wrażeń nadzwyczajnych. Przed skokiem w jej nurt dwa razy musiałem sobie powtórzyć, że to wszystko dla dobra sportu. W sumie tak źle nie było, ale na wszelki wypadek starałem się unikać połykania wody. Cholera wie co tam siedzi. Po wyjściu z Odry czekał nas długi dobieg do strefy zmian i już mogliśmy rozpocząć rywalizację na trasie kolarskiej, znacznie szybszej i łatwiejszej niż rok wcześniej. Łatwiejszej, pomijając kilkusetmetrowy łącznik z brukowanych kamieni, W ten oto sposób po 3 minutach jazdy w afrykańskich upałach, straciłem zapasowy bidon, a z bidonu aerodynamicznego na kierownicy wyleciała mi połowa zawartości i przede wszystkim rurka do picia. Trochę kiepska perspektywa w obliczu ponad godzinnej jazdy w takiej lampie. Pierwsze kilometry zajęła mi próba wykombinowania co tu zrobić w tej sytuacji. W akcie desperacji byłem gotów zatrzymać się i zgarnąć jakiś leżący bidon na ulicy, albo nawet wygrzebać coś w przyulicznym śmietniku. Widmo odwodnienia znacznie przesuwała moją granicę obrzydzenia.

IMG_5087

W końcu jakimś cudem udało mi się wyczepić bidon aero i przez kolejne pół godziny jechałem trzymając go w rękach. Na końcu pierwszej pętli w końcu był bufet, na którym złapałem butelkę wody. Niestety chwilę później znów przejeżdżaliśmy przez ten cholerny brukowany łącznik i tym razem wytrzęsło mi z ręki bidon. Pozostała butelka wody stała się najcenniejszą rzeczą jaką posiadam, dlatego kurczowo ją trzymając, do końca odcinka rowerowego dbałem tylko o to, aby jej nie stracić. Jadąc w jakiejś pokrzywionej pozycji czasowej z butelka wody w ręce, śmiałem się pod nosem, że całe to walczenie o zmniejszenie oporów powietrza mogę sobie wsadzić teraz w cztery litery. Wystarczy kilka dziur i wszystkie te bajery szlag trafia. A wystarczyło mieć zwykły koszyk na bidon montowany na ramie za 20 pln.

Kiedy rozpoczynałem bieg, słońce dawało się nam już mocno we znaki, a trasa tylko dodawała całej sytuacji pikanterii. Cztery razy podbieg pod Wały Chrobrego, slalom na brukowanych ulicach szczecińskiej starówki – to wszystko wyciskało z nas resztki energii. Wiedziałem, że na takiej trasie nie mam żadnych szans utrzymać wysokiego tempa. 2 km przed metą trochę przyspieszyłem i sumie nawet to jakoś poszło. Ale na metę wpadłem mocno umęczony, głównie przez ten cholerny bieg i wysoką temperaturę.

IMG_5193

Ostatecznie zająłem 20 miejsce w generalce i drugie w kategorii. Czy to dobry wynik?! Umiarkowany. Ale też w takich okolicznościach nie mogło być wiele lepiej. Żałuję, że szczególnie w mojej kategorii zabrakło kilku moich najgroźniejszych rywali. Więc srebrny medal Mistrzostw Polski nie smakuję tak jak powinien. A poza tym pierwszy raz w życiu wolałem być trzeci niż drugi. Zwariowałem?!

Nie do końca. Teoretycznie w mojej kategorii zwyciężył Marek Jaskółka, ale że wygrał także w generalce, nie mógł być sklasyfikowany w M35. Stać na podium Mistrzostw Polski obok naszego dwukrotnego olimpijczyka i bezsprzecznie najlepszego zawodnika to byłoby coś. Nawet jeśli miało się do niego 15 minut straty. O różnicy czasowej za chwilę nikt by nie pamiętał, a zdjęcie poszłoby w świat ;-) .

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top