Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

SPORTOWY WKURW – początek sezonu w Olsztynie

SPORTOWY WKURW – czyli początek sezonu w Olsztynie

Początek sezonu w kraju to bardzo wyczekiwany moment. W triathlonie tradycyjnie pierwszymi poważnymi zawodami jest Elemental Olsztyn. W zeszłym sezonie zaliczyłem tam bardzo udany start, więc i tym razem oczekiwania były spore. Szczególnie, że po Teksasie miałem podstawy do optymizmu. Z drugiej strony mój trener Tomek Kowalski od początku ostrzegał, że majowe występy trzeba traktować jako przetarcia i raczej jakoś specjalnie nie budujemy pod nie formy. Jednak zdanie coacha to jedno, a moje ambicje i rozbuchane ego to drugie. Poza tym rywalizacja z odwiecznymi konkurentami wyzwala adrenalinę i podkręca atmosferę.

Mimo to w dniu zawodów od samego rana brakowało mi typowej przedstartowej spinki i koncentracji. Pewnie miało to związek z bardzo miłym towarzystwem w jakim spędziłem sobotnie popołudnie i niedzielny ranek. Myślałem o wszystkim, ale nie o zawodach. Prawdę mówiąc nawet nie przygotowałem sobie sprzętu dzień wcześniej, tylko rano zabrałem się do składania roweru i innych elementów. Chyba trochę zbyt pobłażliwie podszedłem do wszystkiego.

W mojej fali i jednocześnie kategorii wiekowej wiedziałem z kim przyszło mi bezpośrednio rywalizować. Znamy się jak łyse konie i wiemy kto ma jakie silne i słabsze strony. Taktyka u mnie tradycyjna – popłynąć możliwie bezboleśnie, ale w czubie. Następnie pojechać rower najmocniej jak się da, ale z głową, tak aby na biegu móc utrzymać swoją pozycję, bo w tym elemencie to raczej nikogo nie wyprzedzę.

Wszystko zaczęło się zgodnie z planem. Po sygnale startowym ruszyliśmy już tradycyjnie razem z Radkiem Buszanem. Wiedzieliśmy, że jest jeszcze jeden zawodnik, który pływacko jest od nas znacznie lepszy. Najważniejsze, żeby uciec możliwie daleko dominatorowi naszej kategorii i jednemu z najlepszych dorosłych amatorów w Polsce – Michałowi Majce. Tę część planu udało się zrealizować całkiem dobrze. Płynęło mi się bardzo lekko, chociaż za sprawą lekkiej fali miałem kłopoty z nawigacją. Na szczęście Radek, rodowity Olsztynianin znał akwen jak własną kieszeń i płynął jak po sznurku, więc uznałem, że nie ma co się szarpać. Trochę cwaniacko, a trochę na lenia przewiozłem mu się w nogach większą część dystansu pływackiego, aż do wyjścia z wody. Ten spokój i niezbyt męczące tempo chyba mnie nieco uśpiły, bo wychodząc z wody kompletnie zatraciłem instynkt zabójcy. Zamiast rzucić się jak szalony do strefy zmian, leniwym truchtem podreptałem do swojego roweru. W międzyczasie bardzo się rozwiało, co chwilę poźniej omal nie skończyło się dla mnie tragicznie.

Radek znacznie odskoczył ode mnie i zyskał kilkanaście sekund przewagi. Mimo to byłem spokojny, bo nigdy dotąd nie przegrałem z nim na rowerze. Trzeba było tylko dobrze zrealizować założenia kolarskie, wyprzedzić Radka, dogonić prowadzącego w naszej kategorii Marcina Mazurka i uciekać przed Majką. Czyli tak jak zwykle.

Ku mojemu zaskoczeniu sylwetka Radka Buszana wcale się nie powiększała, a przynajmniej nie tak szybko jakbym sobie tego życzył. Co raz silniejszy wiatr i to jeszcze wiejący w twarz na odcinku pod górę bardzo utrudniał życie, tym bardziej, że przekonany o swojej nadludzkiej sile, nałożyłem z tyłu pełne koło. Każdy szkwał, każdy silniejszy podmuch szarpał moim rowerem w różne strony i daleko mi było do komfortu stabilnej, rytmicznej jazdy. Mimo to starałem się trzymać równe tempo i założoną przez trenera moc w okolicach 320W. Ten dysk to nie był najlepszy pomysł. Nie dość, że wiatr dawał się we znaki, to jeszcze na 10 kilometrowej pętli były 4 ciasne nawroty i 7 ostrych zakrętów. Po każdym takim manewrze musiałem rozkręcać się od nowa i szło mi to dość opornie. Rower w takich warunkach prowadził mi się wyjątkowo narowiście i miałem duży stres, że zaliczę konkretną glebę. Nie było lekko, ale nie miałem zamiaru się poddawać.

Po pokonaniu podjazdu wreszcie zacząłem się zbliżać do Radka. I kiedy po szalonej jeździe w dół z prędkością powyżej 60 km/h już siedziałem na jego plecach, na nawrocie stało się coś dziwnego. Chyba za późno zacząłem hamować, a jednocześnie uderzył mocny szkwał. Zblokowały mi się hamulce, rower stanął bokiem. Już widziałem, jak lecę na łeb i twarzą orzę asfalt. Jakimś cudem udało mi się uniknąć kraksy, chociaż wyrzuciło mnie za nawrót jakieś 10-15 metrów. Po tej przygodzie nic już nie było takie samo. Zacząłem jechać znacznie bardziej zachowawczo, stosunkowo wolno pokonując partie techniczne. Byłem tak wystraszony, że bałem się puścić jedną ręką kierownicę, bo rzeczywiście potwornie mną majtało. A poza tym poczułem bezsilność. Wciąż wykręcałem sporą moc, a i tak Radek mi uciekał. I niestety w tej kwestii nic się nie zmieniło. Szedł jak szalony – widać było, że ma swój dzień. Jedyne co dawało mi odrobinę satysfakcji, to fakt, że tylko minimalnie odrobił straty na rowerze Michał Majka, ale to i tak nie miało szans mnie uratować przed pożarciem, bo różnica w naszym bieganiu jest kolosalna.

Schodząc z roweru byłem zniechęcony, a ten stan jeszcze bardziej pogłębił mały incydent w strefie zmian. Po jeździe miałem zgrabiałe z zimna palce i nie mogłem sobie poradzić z założeniem butów biegowych. W pewnym momencie, zgięty w pół zbyt mocno napiąłem mięśnie i coś dziwnego mi wyskoczyło na brzuchu. Nie mogłem się wyprostować. Wyglądało to na przepuklinę albo jakiegoś obcego stwora wielkości sporej śliwki. Dziwnie skręcony wybiegłem ze strefy, ale nie mogłem złapać tchu, ani przyjąć normalnej pozycji. Przez głowę przeleciało mi tysiące wizji, łącznie z tym, że nie daj boże mam naprawdę przepuklinę. To oznaczałoby koniec sezonu.

– Co tu robić?? Wycofać się?? Trochę słabo! Ale, żebym sobie nie zrobił jakiejś poważniejszej krzywdy?!- biłem się z myślami. Postanowiłem, że jeszcze chwilę powalczę. Po kilometrze mięśnie odpuściły. Mogłem się wyprostować, a to dziwne coś zniknęło z brzucha.

– A więc to tylko potężny skurcz. Walczymy dalej – z tym przeświadczeniem ruszyłem do ataku. Niestety na niewiele się to zdało, chociaż i tak byłem zaskoczony, że stosunkowo długo broniłem się przed Majką. Nie biegło mi się źle, chociaż to trasa wybitnie nie dla mnie. Ostry podbieg, ostry zbieg, potem jeszcze ze dwa mniejsze pagórki. Kiedy w końcu na przedostatniej pętli Majka mnie dogonił, miałem nadzieję, że jeszcze powalczę o pudło. Ale Marcin Mazurek, który spadł na trzecią pozycję idealnie kontrolował dystans między nami i nie pozwolił mi się zbliżyć. A ja nie byłem w stanie tego dnia, na tej trasie wkręcić się na takie tempo jakie zakładałem. Zabrakło tego czegoś, instynktu zwycięzcy, który pozwala wejść na najwyższy zakres, dać z siebie wszystko, tak żeby paść tuż za linią mety. Mnie biegło się całkiem nieźle, bez cierpienia, a to wbrew pozorom zły znak. Może za wcześnie straciłem wiarę, że dogonię moich rywali?!

Na metę wbiegłem nieco zrezygnowany. Czwarty w kategorii, czternasty w generalce. Pierwsze co zrobiłem, to pogratulowałem Radkowi Buszanowi, który tego dnia dokonał cudów. Bartek – jesteś gość.

Na szczęście to dopiero początek sezonu i jest czas na wyciągniecie wniosków i poprawę wyników. Pływanie i bieg nie były złe. Jedyne co mnie nurtowało, to przyczyny stosunkowo słabego wyniku na rowerze. Po powrocie do domu sprawdziłem dane z pomiaru mocy. Okazało się, że miałem prawo być zmęczony. Średnia moc z jazdy wyniosła 317W. To naprawdę niezły wynik. Trochę dużo jak na tak słaby czas. Zaskoczyło to również Tomka Kowalskiego. Duża średnia moc i słabsze prędkości mogą oznaczać źle ustawioną pozycję lub defekt. Postanowiłem sprawdzić rower i okazało się, że jedna szczęka hamulcowa tarła o tylne koło. Ale dam sobie rękę uciąć, że przed startem wszystko było ok, bo dwa razy sprawdzałem ten element. Więc kiedy się to przesunęło? Wygląda na to, że opisywany wcześniej ostry manewr hamowania na nawrocie, wtedy gdy postawiło mnie bokiem, mógł lekko przesunąć koło. Szczególnie, że od tego momentu, zacząłem mieć co raz większy kłopot z utrzymaniem tempa konkurencji. Cóż?! Życie! Ale nie mam zamiaru wszystkiego zrzucać na drobny defekt. Ja też dałem ciała.

Nieudane zawody wkurzają, frustrują. Ale nie jest mazgajenie czy narzekanie. Wprost przeciwnie. To SPORTOWY WKURW – bardzo pozytywny syndrom. SPORTOWY WKURW zmusza nas do przeanalizowania błędów, wyciągnięcia wniosków. A przede wszystkim wzbiera pokłady mentalnej energii, motywacji i mobilizacji – elementów niezbędnych do osiągnięcia sukcesu. Zobaczycie jak będę wyglądał przed startem w Piasecznie, już w najbliższą niedzielę. Będę kipiał od nadmiaru energii i chęci zemsty. Wiem, że muszę pójść na całość i zrobię to. I to właśnie kocham w sporcie. Niepowodzenia mają nas wzmacniać i motywować, a nie skłaniać do składania broni. Do zobaczenia w niedzielę!!!!! SPORTOWY WKURW rządzi!!!!

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Wkurw zrozumialy:) W razie powiklan „bulaka” leczenie u mnie:)))))

    1. AKAIK youv’e got the answer in one!

  2. That’s an inilgetlent answer to a difficult question xxx

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top