Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja, Trening / 

Przystanek Liuzhou

Nie będę się rozpisywał jak ciężko było wrócić do treningu, bo szkoda czasu na kolejne jęczenie. No ale lekko nie było. Niestety upierdliwa kontuzja stawu skokowego i Achillesa na pewno nie pomagała w motywacji. W efekcie biegać zacząłem z niemal miesięcznym poślizgiem, a i pozostałe dyscypliny szły mi jak po grudzie. I pewnie opieprzałbym się jeszcze długo, gdyby nie szybka i stanowcza reakcja mojego coacha – Tomka Kowalskiego, który mniej więcej na początku grudnia wysłał mi lakoniczną, ale i dosadną wiadomość. Jej treść ograniczała się jedynie do porównania ilości przepracowanych godzin na tym samym etapie przygotowań w obecnym okresie treningowym i w roku ubiegłym. Odpowiedzi musiałem udzielić sobie sam. Liczby nigdy nie kłamią. W tym konkretnym przypadku bezlitośnie odsłoniły moje lenistwo, wyraźne kłopoty ze zwarciem pośladów i wzięciem się do ciężkiej roboty, jeśli tylko chcę zrealizować swoje plany.

A plan podstawowy na pierwszą część sezonu to powtórka z rozrywki czyli start na początku kwietnia. Długo się wahałem, gdzie się ścigać. Chciałem znów wybrać się do Teksasu, ale terminy zawodowe zawęziły moje możliwości do jednego weekendu, a właściwie dnia – 1 kwietnia. Zawody w prima aprilis. Niech to szlag. Ale tak wyszło. Wybór właściwie ograniczał się dwóch destynacji – IM 70.3 w Kalifornii i IM 70.3 Liuzhou w Chinach.

liu3

Pierwsza opcja szybko wypadła, bo Amerykanie na pniu wykupili wszystkie miejsca. I kiedy już byłem gotów szukać biletów do Chin, okazało się, że Liuzhou to kraina gór. Góry to ja uwielbiam, ale raczej jako turysta, na pewno nie jako zawodnik. Warto zaznaczyć, że Chińska Republika Ludowo-Demokratyczna dość skrzętnie pilnuje, aby obcokrajowcy nie mieli zbyt obszernej wiedzy na temat strategicznych informacji o ich kraju. I chociaż nie mam zielonego pojęcia, na ile okolice Liuzhou mają wpływ na obronność kraju, to jednak dostęp do jakichkolwiek danych topograficznych jest wielce utrudniony. Zapomnijcie o Google Street View czy o aktualnych zdjęciach satelitarnych. Już miałem się poddać, kiedy przed kilkoma dniami organizatorzy łaskawie zamieścili mapkę z przewyższeniami. A tam miła niespodzianka. Nie jest to może trasa po Mazowszu, ale nieco ponad 600 metrów w górę nie robi jakiegoś szokującego wrażenia.

lliu2

Muszę przyznać, że kiedy człowiek wyda swoje ciężko zarobione pieniądze na bilety lotnicze i wpisowe to jakoś łatwiej mu zmusić ciało do wysiłku. Ponieważ zawody w Chinach mają być już zupełnie na poważnie, praca, którą muszę wykonać przez zimę jest o wiele większa niż rok temu. Najgorsze są te godziny, które muszę wysiedzieć na siodle w garażu. W poszukiwaniu bardziej aerodynamicznej pozycji pogrzebałem trochę przy moim rowerze, czego skutkiem jest nieustający ból… wiadomo czego. Do tego jeszcze ciągną mnie plecy. Po prostu czysta frajda.

W przeciwieństwie do zeszłego sezonu zacząłem też więcej pływać. Tomek chyba uznał, że zmieniamy strategię. Rok temu pracowaliśmy przede wszystkim nad moimi słabościami czyli bieganiem. Teraz wzmacniamy moje mocne strony – rower i pływanie. Wróciłem do pływania w grupie co bardzo mi odpowiada. Znacznie łatwiej upodlić się kiedy widzisz jak inni na treningu zapierniczają w trupa.

liuzhouwebphotos v3

Zawody w Chinach mają jeszcze swój dodatkowy smaczek. Mimo, że to tylko półironman, to jednak ma małą pulę przepustek na Mistrzostwa Świata IM na Hawajach. Na razie w ogóle o tym nie myślę, ale taki dodatkowy bonus na pewno wpływa na podświadomość. Nawet jeśli nie mam realnych szans na zajęcie miejsca dającego „slota” to wmawiam sobie, że jest to impreza z poważną stawką. I to pomaga. Tak jak świadomość, że do Liuzhou jedzie kilku polskich rywali z mojej kategorii, z którymi od lat się ścigam i wszyscy wiemy, że każdy z każdym może wygrać. Fajna sprawa.

Jedyne czego się naprawdę boję to warunków w Chinach. W prowincji Kuangsi na początku kwietnia temperatura potrafi przekraczać 25 stopni w cieniu. Jednak najgorsza może być wilgotność. Goście o mojej posturze nie najlepiej znoszą taką kombinację. Ale przecież wszyscy będą mieli równie ciężko – no przynajmniej wszyscy z zimnej Europy i Ameryki.

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Poprzeczka idzie w gore! Brawo Maciej!

  2. Poprzeczka w górę!!!! Brawo Maciej!

  3. Topograficzne to okolice bardzo podobne do okolic Jeleniej Góry, Szklarskiej Poręby , Kowar – trudnością będzie wysoka wilgotność powietrza -” saunomgła” – POWODZENIA!!!

    1. Ale na szczęście cała część rowerowa jest wzdłuż rzeki w dolinie wiec relatywnie płasko. A co do sauny – trochę się boję, ale to jeszcze nie jest czas wielkich upałów w tamtym rejonie. Może nie będzie tak źle

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top