Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja, Trening / 

Ostatnia prosta czyli jak robię w majtki przed IM

Decydując się na start w pełnym Ironmanie wiedziałem, że będzie ciężko. Jednak nie spodziewałem się, że aż tak bardzo. Pewnie dla osób, które mają to już za sobą wszystko co napiszę nie jest odkrywcze, ale ja od kilkunastu tygodni odkrywam Amerykę. Po pięciu latach treningów i kilkudziesięciu startach wydawało mi się, że wiem już naprawdę dużo o triathlonie. Wychodzi jednak na to, że wszystko co dotychczas przeżyłem było niewinną zabawą dla dzieci, a prawdziwy sport zaczyna się dopiero wtedy, gdy wychodzisz na czterogodzinny trening i jesteś szczęśliwy, że to nie wtorek, bo wtedy masz w planie 6 godzin roweru.

Z drugiej strony trenowanie triathlonu uświadomiło mi jak duże rezerwy drzemią w naszych ciałach i jak elastyczne są granice naszego bólu i wytrzymałości. W pierwszym sezonie omal nie wycofałem się w przededniu debiutanckiego półmaratonu, uważając, że normalny człowiek nie jest w stanie przebiec 21 kilometrów. Im bliżej było do mojego pierwszego pół Ironmana, tym bardziej byłem przekonany, że nie mam najmniejszych szans na jego przeżycie. Tymczasem dziś przynajmniej raz w tygodniu mam trening dłuższy niż ½IM i podchodzę do tego na chłodno, jak do każdej jednostki. No może nie jak do każdej, bo ostatnia sekwencja 6h rower po czym dzień później 3h rower plus 24km biegu w 2 h trochę mnie przeraziła. Właściwie to już na samą myśl o tym zadaniu miałem niestrawność przez ostatnich kilka dni. Ale zgodnie z moją dewizą stuprocentowego zaufania do trenera, zwarłem pośladki i zadanie wykonałem. Co jak co, ale właśnie pośladki po tym „maratonie” są w najbardziej opłakanym stanie. Nie licząc pachwin, ale to chyba oczywista oczywistość. Jeśli ktoś sądzi, że trening do Ironmana to takie weekendowe hobby niech się puknie w łeb. Najbardziej rozśmieszają mnie teksty w stylu – „Jak znajdujesz tyle czasu na swoje przyjemności??”. Jeśli 4 godziny kręcenia na trenarzeże to przyjemność, to średniowieczne sala tortur jest kliniką beauty & SPA. Przyznaję się bez bicia! Gdybym wiedział jak to wygląda, dziesięć razy bym przemyślał decyzję o zapisaniu się na pełny dystans. Właściwie jestem notorycznie zmęczony. Do tego próba poklejenia planu treningowego z pracą, służbowymi wyjazdami, porankami w radiu, szkołą córki i innymi obowiązkami zamienia moje życie w jakiś kompletny patchwork. Urywanie każdej wolnej chwili na trening, zaczynanie o 4.30 rano, albo kończenie po północy. Takie są uroki uprawiania sportu amatorskiego. Teraz, kiedy skończyły się już szkolne wakacje jest to szczególnie ciężkie.

Odliczam dni do zakończeniu ostatniego mikrocyklu i rozpoczęcia fazy taperingu. Tylko, że to tylko krótka przerwa przed tym co przeraża mnie najbardziej. Bo tak jak 5 lat temu nie wyobrażałem sobie jak można ukończyć połówkę, tak teraz mój mózg nie obejmuje 3800 metrów pływania, 180 km na rowerze i tej subtelnej końcóweczki w postaci maratonu. Kto normalny po takim hardcorze jest w stanie jeszcze pobiec ponad 42 kilometry??? To pytanie powtarzam sobie na każdym długim bieganiu, kiedy w okolicach 22-23 kilometra mam już serdecznie dosyć przebierania nogami. Przeraża mnie zresztą nie tylko dystans. Jak poradzi sobie z tym moja głowa?? Jak przetrwa taki wysiłek i tylogodzinne faszerowanie żelami i inną chemią żołądek?? To tylko część pytań, które kołaczą się w moim myślach.

Ale wiecie co jest najśmieszniejsze?? Że chociaż jestem skrajnie zmęczony, że czasem nie mogę już patrzeć na swój rower, że boję się jak diabli samych zawodów, wciąż mam olbrzymią satysfakcje z wykonanej pracy. Im bardziej jestem wykończony, im więcej kilometrów pokonam na treningu, każda kolejna przekroczona granica, każda pokonana słabość – to wszystko daje mi gigantyczny zastrzyk energii i niesamowicie podnosi poczucie własnej wartości. I chociaż w trakcie treningu często mam już dość, boli mnie co raz więcej rzeczy i chcę to wszystko rzucić w cholerę, to zaraz po jego zakończeniu nie mam najmniejszych wątpliwości, że warto ponieść tę ofiarę. Nic nie kształtuje tak charakteru jak każdorazowe pokonywanie swoich słabości i udowadnianie sobie, że niemożliwe nie istnieje. A poza tym, czym bardziej nacierpię się na treningu, tym mniej będę cierpiał na zawodach. Tak mówią znawcy i oby mieli rację. Bo jak nie to znajdę tego cwaniaki filozofa, który wciska taki kit i mu zaaplikuje… 6 godzin trenażera.

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. W ubiegłym roku debiutowałem we Frankfurcie i po 13h46′ dowlokłem się do mety klnąc w żywy kamień, że nigdy więcej. Po tygodniu postanowiłem, że za rok w Kalmar złamię 12h i po roku przygotowań na 15 km biegu kontuzja nogi, marsz i finalnie 12h26′ – nie udało się, trudno. Obserwując Twoją determinację, wierzę, że bez względu na końcowy wynik, będziesz z siebie dumny. Powodzenia i trzymam kciuki!!

  2. Chyba czas zaktualizować „bio” pod wpisami, bo te 10-20h tygodniowo to chyba już dawno nie prawda :)

  3. Maciek nie taki diabeł straszny jak go malują ….ja z przygotowań lubiłem wszystko :) najbardziej długie wyjeżdżenia no i tzw.zakładki…w samym starcie na rowerze (bynajmniej u mnie) niesamowita radość i łzy wzruszenia :) Wisienka na torcie w postaci maratonu hmmm miód po prostu …15 km do mety (bynajmniej u mnie )biegnie już głowa…No i po wszystkim rodzisz się na nowo…taka inkarnacja :) Pozdrawiam i OZD :)

  4. Podziwiam Twój wybór na debiut w IM – na łatwiznę nie idziesz. Rower na Majorce do przyjemnych nie należy. Trzymam kciuki:)

  5. Odnośnie ‚przyjemności’ długich i męczących treningów, to wspomnę komentarz mojej ukochanej i super motywującej Żony: ‚przecież nikt Ci nie każe tego robić’

  6. Nie przesadź na rowerze i nie wygłupiaj się z jedzeniem. Realizuj plan i dowieziesz co trzeba do mety :) A najważniejsze – baw się dobrze. Powodzenia! ( warto ;) )

  7. mieszkam w chicago czytam od pewnego czasu twoje artykuly i jestem sercem z toboa te pineski w Gdyni doprowadzily mnie do pasji ja muj debiut mialem w Whistler Canada 2016 a przygotowania w chicago (plaskie jak stol) i dwa dni przed startem dowiedzialem sie ze bede wspinal sie na dwa kilometry wariactwo!!! od 110km mialem juz pernamentne skurcze i 70 km rower+marathon byly na skurczach czas 15:08 bez rewelacji ale to byl pierwszy tri w zyciu po 110 km na rowerze powiedzialem sobie ze lepiej zeby mnie zdyskwalifikowali albo zebym stracil przytomnosic niz sie poddal i przerzylem obserwujac ciebie nie masz czego sie bac dasz rady pozdrowienia od fana z chicago

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top