Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

Norweska masakra!!!

Pierwsze pytanie jakie wszyscy mi zadają to „dlaczego Norwegia???”. Miała to być rekompensata za defekt w Gdyni. Niezaplanowany start na półironmanie, zrobiony z marszu, bez odpuszczenia przygotowań do Ironmana na Majorce. W praktyce oznaczało to, że w ciągu 6 dni przed startem zrobiłem jeszcze 15h treningu, tym dwie sesje po 5h z zakładką – 25 km biegu w tempie na IM. Przy olbrzymich ograniczeniach czasowych wolny był tylko ten jeden weekend. Padło na debiutujący w kalendarzu Challenge Norway w Tonsberg. Dlaczego?? Bo z materiałów organizatorów wynikało, że będzie dość płasko na rowerze i płasko na biegu. Czyli tak jak lubię. Jedyną sensowną alternatywą była seria Volvo w Mrągowie, ale uznaliśmy, że to bardzo kameralne zawody, a trasa w założeniu miała być cięższa niż ta w Skandynawii. No i była…do trzech dni przed startem, kiedy nagle w racebooku okazało się, że przewyższenie wynosi nadal ok 300 metrów, ale nie na całej trasie rowerowej, ale na 30km!!! Chwile później pojawił się na Instagramie post największej gwiazdy tej imprezy Michelle Vesterby, który omal nie doprowadził mnie do zawału! 100 schodów w górę na trasie biegowej. Jednego byłem pewien. To nie będzie spacerek.

IMG_0482

Na zawody wybrałem się razem z żoną mojego trenera, naszą zawodniczką PRO Olgą Kowalską. I od samego początku obydwoje przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Brak bazy hotelowej to tylko preludium absurdów naszej norweskiej eskapady. Właściwie wszystko co nas tam spotykało było niecodzienne. Do Tonsberg dotarliśmy dzień przed startem. Po złożeniu rowerów wybraliśmy się do strefy expo. Olga miała mieć odprawę dla zawodowców, poza tym chcieliśmy skorzystać z serwisu rowerowego. Na miejscu nie zastaliśmy żywej duszy, ani jednego namiotu, biura zawodów, nic. Gdyby nie stojaki w mikro strefie zmian i jeden kontener z logo Challenge pewnie byśmy się nie domyślili, że dzień później odbędą się tu zawody drugiej największej serii na świecie.

IMG_0506

Kolejne zaskoczenie. Start zaplanowano nietypowo, bo na 14.00. Ni cholery nie wiedzieliśmy jak sobie w takiej sytuacji poradzić z żywieniem. Kiedy rano wyszedłem na zewnątrz, zrozumiałem czemu tak późno zaczynamy. Sierpniowe poranki w Norwegii witają przenikliwym chłodem. Jednak w ciągu dnia robi się naprawdę ciepło, szczególnie, że trafiliśmy akurat na najbardziej słoneczny dzień w tygodniu.

Około 11.00 byliśmy już w strefie, ale mimo szumnych zapowiedzi, nie udało nam się zlokalizować serwisu rowerowego. Na moje pytanie czy gdzieś znajdę takowy, dowiedziałem się, że owszem, serwis był, ale został zamknięty, bo…było zbyt wielu chętnych. Norwegia to jednak stan umysłu.

Zawody miały mieć dość kameralny charakter, a na listach startowych było ledwie 300 nazwisk, głównie Norwegów. Trzeba jednak przyznać, że przynajmniej jedna trzecia z nich traktuje triathlon poważniej niż tylko weekendowe hobby, co nie trudno było zauważyć po smukłych sylwetkach i zawodowym sprzęcie. Było to dość zaskakujące, biorąc po uwagę fakt, że w kraju tym obowiązuje zasada bycia przeciętnym i nie wychodzenia przed szereg, zgodnie z doktryną „Prawa Jante”, które głosi – Nikt nie jest kimś specjalnym. Nie próbuj wyróżniać się ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych”. Wikingowie z Challenge Norway chyba nie uważali na tej lekcji. Albo właśnie byli na treningu.

Brak czasu i brak samochodu sprawił, że startowaliśmy z Olgą w ciemno. Przez całe zawody odkrywaliśmy Amerykę, a właściwie Norwegię. Równo o 14.00 rywalizację zaczęli zawodowcy, 5 minut później amatorzy. Na pływaniu szybko wyszedłem na przód stawki i ku sporemu zdziwieniu musiałem prowadzić czołową grupę aż do końca, co oznaczało sporo zabawy z nawigacją. Udało mi się jednak utrzymać dobre tempo do samego końca, dzięki czemu etap rowerowy rozpocząłem jako lider wśród amatorów.

14089214_958721507572057_1454062261573000298_n

 

Trasa kolarska od początku była bardzo trudna. Krótkie, ale bardzo strome podjazdy wybijały z rytmu. Praktycznie nie było odcinków płaskich, a na zjazdach wielokrotnie trzeba było mocno hamować, aby wyrobić się przed zasłoniętymi zakrętami. Minimalny błąd w doborze przełożeń powodował, że kolejny podjazd wymagał ciężkiej pracy. Napewno znajomość trasy w tych warunkach dawałaby sporą przewagę. Muszę przyznać, że Gdynia w porównaniu to Tonsberg była spacerkiem. Mniej więcej do 60 km prowadziłem mając za plecami kilku mocnych kolarzy. Niestety na końcu małej pętli, którą przejeżdżaliśmy dwa razy, w przepięknym miejscu zwanym „ Końcem Świata” popełniłem mały błąd przy zmianie przełożeń, a może za bardzo się zagapiłem na obłędny widok.

challenge_norway (16)_1

Kosztowało mnie to utratę pozycji. Nie chcąc draftować puściłem pięcioosobową grupkę kolarzy przodem. Moi rywale nie mieli takich dylematów moralnych i postanowili zgodnie współpracować. Próba dotrzymania im kroku przy jednoczesnym nie łamaniu przepisów dużo mnie kosztowała. Do tego dopadły mnie problemy żołądkowe i kilka razy omal nie zwymiotowałem. Wpływ na taki stan rzeczy miało odwodnienie. Na całej trasie był tylko jeden punkt odżywczy, który mijaliśmy dwa razy. Na ostatnich 30 km zabrakło mi wody i ostatni żel zjadłem prawie nie popijając. Szalona pogoń za czołową piątką zakończyła się w okolicach 80km. Zacząłem słabnąć i czułem, że muszę trochę odpuścić, bo nogi i żołądek zaczynają się buntować. Czas mimo trudów trasy niezły – 2.24, łącznie 2.56 i wciąż spore szanse na zacny wynik końcowy.

challenge_norway (18)_0

 

Niestety na biegu cierpienie towarzyszyło mi od początku. Już po 200 metrach dostaliśmy przedsmak atrakcji, stromy podbieg podobny do słynnej skarpy w Suszu. Najgorsze jednak czekało na nas później. Pierwszy bufet był na drugim kilometrze. Na kolejny trzeba było czekać aż do końca pętli. 9 km biegu w słońcu, w szczerym polu, o suchym pysku. Masakra. Właściwie marzyłem tylko o wypiciu jakiegokolwiek płynu. W kieszeni miałem dwa żele, a w ręce mała buteleczkę z rozpuszczonym środkiem odżywczym. Niby to płyn, ale słodki i gęsty. Wiedziałem, że jeśli sięgnę po łyk, to zakleję sobie usta, a żołądek ostatecznie się podda. Męczarnia – tylko tak mogę to opisać. Tempo spadało dramatycznie. Zaczynałem z bólem brzucha po 4.35, ale w połowie pierwszej z dwóch pętli poddałem się i myślałem tylko o przetrwaniu. Niestety nie widziałem, że prawdziwa golgota czaiła się na 11km tuż przed upragnionym bufetem. Żeby się do niego dostać przez kilka minut trzeba było się wspinać na górę dominującą nad miastem.

IMG_0572

Wzgórze z wieżą dominujące nad miastem – to tam wbiegaliśmy dwa razy !

Nasza droga krzyżowa była podzielona na etapy, z których każdy kolejny był tylko zapowiedzią co raz większych cierpień. Najpierw stromy odcinek asfaltowy, później zakręt i jeszcze bardziej stromy asfalt, pod który wszyscy już szli. Dalej krótkie wypłaszczenie i 100 stromych schodów, po których czekał na nas fragment trawiastego trawersu, zakończonego kolejnym sztywnym podbiegiem, a właściwie podejściem, bo nawet słynny Filip Ospaly w tym miejscu przeszedł do marszu. Wiem, bo dokładnie w tamtym momencie zostałem przez niego zdublowany. Po obiegnięciu wieży na szczycie góry pozostała jeszcze jedna atrakcja. Stromy jak cholera zbieg, po którym chcąc uniknąć kontuzji należało właściwie schodzić, bo stawy kolanowe, skokowe i mięśnie czworgłowe uda były ekstremalnie obciążone.

challenge_norway (35)_1

Fragment podbiegu

 

Co za wariat albo sadysta wpadł na taki pomysł?! Czy wspomniałem, że nasze zawody organizował ten sam człowiek, który odpowiedzialny jest na Norsemana – najtrudniejsze zawody na dystansie Ironaman na świecie?! To wiele wyjaśnia, ale jakoś świadomość tych faktów nie pomagała mi w pokonywaniu trudów tej kretyńskiej trasy. Znów przez 9 km umierałem z pragnienia. W tych momentach 100 razy powtórzyłem jak nie nawidzę triathlonu. 50 razy postanowiłem, że kiedy dotrę na metę rzucam ten sport. Zdążyłem 10 razy zrezygnować ze startu na Majorce i przekląć wszystkich żyjących i nie żyjących Norwegów z Haraldem Pięknowłosym na czele, któremu zapewne zawdzięczaliśmy piękną, średniowieczną warownie na szczycie piekielnej góry.

 

challenge_norway (30)_1

Filip Ospaly na zbiegu

Kiedy w końcu myślałem, że już zbliżam się do mety, bo na moim zegarku pojawił się dwudziesty kilometr, okazało się, że Skandynawowie mają luźny stosunek do dystansów i zafundowali nam półmaraton o niemal 2 kilometry dłuższy. To, że nie będę miał nowej życiówki wiedziałem już w trakcie roweru, ale nie spodziewałem się walki do końca o złamanie 5 godzin. To był mój najsłabszy wynik od 2013 roku. Oczywiście nigdy wcześniej nie startowałem na tak trudnej trasie rowerowej, a tym bardziej nie zaliczyłem przydługiego biegu , bez bufetu, ale za to elementami wspinaczki alpejskiej. Czas na mecie 4h53 – 30 miejsce w generalce, 4 miejsce w kategorii i kompletne zniechęcenie – takie są efekty mojej norweskiej eskapady. Świetnie w tych warunkach poradziła sobie Olga, która zaliczyła jeden z najlepszych biegów w generalce i zajęła 3 miejsce kategorii PRO.

14141498_958721514238723_8925411087811135106_n

Brawo Olga !!!

 

Zawody w Norwegii kosztowały mnie sporo kasy, mnóstwo zdrowia, złamaną psychikę i nadszarpniętą motywację. I niby z założenia nie powinienem mieć większych oczekiwań na takiej trasie i na takim etapie przygotowań, ale nie spodziewałem się tak spektakularnego zgonu na biegu. Czy są jakieś korzyści z takiego startu?? Na pewno, szczególnie w kwestii żywienia, nawadniania i czasu jaki potrzebuję do regeneracji. Poza tym kolejny raz przekonałem się, że startowanie w ciemno w zawodach, o których nikt nic nie wie to zbędne ryzyko. Tak było na IM Berlin w 2013, w Szczecinie w 2014 czy na IM Ruegen. Po raz kolejny na własnej skórze przekonałem się, że imprezy w Polsce, nawet te bardzo lokalne stoją na bardzo wysokim poziomie organizacyjnym. Nie mamy się czego wstydzić, a czasami mam nawet wrażenie, że zostaliśmy rozpuszczeni przez organizatorów. Bogate pakiety startowe, rozbudowane expo, gęsto rozstawione na trasie bufety i obfite strefy finishera – w Polsce to niemal standard, na świecie niekoniecznie.

14102433_958721510905390_4849228874596524074_n

Skromna polska reprezentacja – Ania Zdort, Olga Kowalska, Paweł Zdort, Łukasz Komierowski i ja.

 

I być może najważniejsza lekcja. To właśnie porażki i nieudane starty kształtują charakter. Mógłbym się załamać i rzucić wszystko w cholerę. Po co się tyle męczyć skoro, przynajmniej w tej chwili, nie widać efektu. Wierzę jednak, że wszystko czemuś służy. Jest cel, jest droga i są stacje pośrednie. Na osłodę po Challenge Norway mam automatyczną kwalifikację na Mistrzostwa Świata w Samorin na Słowacji w przyszłym roku, chociaż jeszcze nie wiem czy mnie to kręci. Moje krwawiące i zawiedzione EGO będzie musiało jeszcze chwilę poczekać – do 24 września. Niestety debiut w Ironmanie nie daje żadnych gwarancji na sukces.

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Trzymam kciuki za Mallorcę!!! Złamać 10h w debiucie na dystansie IM (także na dystansie maratonu) to będzie piękne ukoronowanie długiego sezonu naznaczonego ciężkim treningiem! Powodzenia na niełatwej trasie! OZD!

  2. Inspirujesz ale czytając ten wpis mam wrażenie ze marudzisz troszkę i nie widzisz pozytywów a jest ich wiele. Nie zawsze liczy się wynik, jeżeli twoim celem głównym jest IM to resztę traktujemy jako przygotowanie. 4 miejsce to i tak jest super wynik o jakim marzy wielu amatorów, wiec jak narzekasz na wynik dziwnie się ci ludzie mogą poczuć. Plusów tego startu jest wiele, czym trudniejsze wyzwanie tym lepiej. Na Majorce jak ci będzie cieżko a przypomnisz sobie Norwegię, automatycznie będzie lżej. To co tam przeżyłeś da ci inne spojrzenie na kolejne starty , to co kiedyś ci przeszkadzało było trudne , teraz może być rzeczą nie godna twojej uwagi i czasu. Sam bawię się w tri od czerwca, przez przypadek, sprint dla funu na pożyczonym rowerze testowym , który ostatecznie kupiłem by wystartować w 1/4 potem olimpijka i ostatecznie 1/2 IM. W miedzy czasie zrobiłem kilka biegów z przeszkodami w tym spartan race beast (plus 20km ). Te biegi pokazały mi jak cieżko może być, co przełożyło się na triathlon, owiele łatwiej się startuje po takich doświadczeniach . Kończąc uważam ze dzięki Norwegii twój start na Majorce będzie dla ciebie dużo łatwiejszy . Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top