Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

Maciej – You are an Ironman!!!

Jeśli sądzisz, że wiesz czym jest ból, że nie groźne Ci kryzysy i chwile zwątpienia, jeśli uważasz, że masz duże doświadczenie, bo biegasz maratony, zaliczyłeś multum połówek w triathlonie, przepłynąłeś tysiące basenów i generalnie jesteś twardzielem – spróbuj Ironmana. Ten dystans i wyzwanie zweryfikuje Twój punkt widzenia na wiele spraw, ale po dotarciu na metę będziesz patrzył na nie  z zupełnie innej perspektywy. Jeśli ktoś na szybko spytałby mnie co dal mi Ironman, moja pierwsza, odruchowa odpowiedź brzmiałaby POKORA. Możesz trenować jak szalony, robić wszystko zgodnie z żelaznymi zasadami tej zabawy, możesz czuć, że to Twój dzień, możesz być super zawodowcem, ale nigdy na 100% nie jesteś wstanie przewidzieć co się wydarzy na dystansie 226 km. I nawet jeśli Twoje mięśnie są na to perfekcyjnie przygotowane, to jakiś mały elemencik, nieistotny z pozoru, może złamać największego nawet twardziela.

Sądziłem, że wystarczająco długo czekałem na swój debiut na królewskim dystansie. Ponad 5 lat treningów, prawie 50 startów, zaliczonych naście połówek. Przesadą byłoby może stwierdzenie, że to mi nic nie dało, ale dopiero na Majorce, na pełnym Ironmanie poczułem co znaczy siła woli.

Na wstępie kilka twardych danych. Ironman Mallorca – rewelacyjna pod względem organizacyjnym i jeśli chodzi o atmosferę impreza – jedna z popularniejszych i bardziej znanych w Europie. Szczególnie lubiana przez narody śródziemnomorskie i wszelkiej maści plemiona germańskie – Niemców, Austriaków i tym podobnych. Istotne o tyle, że jeśli chodzi o zawodowców trudno się doszukać na liście startowej wybitnych jednostek, to wśród amatorów nie brakuje tu prawdziwych wymiataczy, wycieniowanych do granic możliwości, zafascynowanych w codziennym katowaniu swego ciała i osiąganiu perfekcji.

Mój cel w debiucie, bliżej nieokreślony, oscylował w zależności od dnia i mentalnego nastawienia od ambitnego łamania 10 godzin w przypływie entuzjazmu, do zwykłego ukończenia w opcji depresja, wersja hard. Budząc się w dniu startu byłem umiarkowanym optymistą z bezpieczną dozą realizmu.

Start zaplanowany na 7.37 rano poprzedzony był lekką histerią, co miało związek z jedynym zgrzytem organizacyjnym podczas zawodów. Mimo zapewnień dzień wcześniej na odprawie, że pływamy bez pianek, rano decyzję zmieniono i na złamanie karku pędziłem do hotelu po brakujący sprzęt. Jak zresztą większość z ponad dwóch tysięcy zawodników. Przed startem zdążyłem zrobić tylko kilka ruchów w wodzie na rozgrzewkę i już musiałem się przebijać przez tłum, żeby zająć w miarę komfortową pozycję. Rolling start z sektorami czasowymi bardzo podobny jest do tego co widzimy na biegach masowych. Każdy ustawia się w swoim sektorze i spokojnie dochodzi do maty, a czas zaczyna mu się liczyć dopiero po jej przekroczeniu. Dzięki temu przynajmniej w założeniu płynie się z ludźmi na podobnym poziomie. Trasa pływacka stosunkowo prosta, na planie niesymetrycznej litery M, przy czym pierwszy brzuszek ma 2400m, po czym wybiegamy na plażę i płyniemy po „mniejszym brzuszku” aż osiągamy metę. W zasadzie ten etap przebiegł bez większej historii, gdyby nie problemy z lewym okularem, który źle założyłem i właściwie cały czas miałem zalane słoną wodą oko. Trochę to utrudniało trzymanie idealnej linii, ale jakoś sobie z tym poradziłem. Główne zadanie na tym etapie zgodnie ze wskazówkami mojego trenera Tomka Kowalskiego polegało na utrzymaniu luźnego, komfortowego tempa. Miałem pamiętać, że to tylko rozgrzewka przed prawdziwymi wyzwaniami. Chciałem ukończyć pływanie poniżej 1h i to się udało. Po niespełna 58 minutach wybiegłem na plażę w Port d’Alcudia, łapczywie łapiąc pojedyncze krople z pryszniców ustawionych na dobiegu do strefy zmian. Jeśli coś w pierwszej części zawodów naprawdę przeszkadzało to obrzydliwe zasolenie wody, które powodowało odruch wymiotny.

107_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_000105-4056402

Pierwsza wizyta w strefie przebiegła bardzo sprawnie, bez zbędnego pośpiechu, w końcu to nie sprint. Wskakując na rower byłem mile zaskoczony pogodą. Słońce z trudem przebijało się przez dość gęste chmury. Zapowiadał się idealny dzień na ściganie. Nawet wiatr jak na warunki Majorki był stosunkowow słaby. W Ironmanie nie ma miejsca na spontaniczność i eksperymenty. Dlatego, prawie wszystko miałem zaplanowane. Jak się okazuje prawie na IM robi różnicę i to wielką, ale o tym przekonałem się dopiero 2 godziny później. Początek roweru nie zapowiadał nadchodzącej katastrofy. Plan, który przygotował mi trener zakładał bardzo spokojną jazdę, utrzymywanie stałej mocy na poziomie 230-240 W czyli jakieś 70% tego co na dystansie 40 km (FTP). Trasa rowerowa składała się z dwóch różnych pętli. Pierwsza z nich szybsza i łatwiejsza prowadziła po pozornie płaskiej części wyspy. I jak to zwykle bywa, profil trasy i wartość przewyższeń nie do końca oddawały rzeczywistość. Dużo podjazdów, wiele niebezpiecznych odcinków po miastach, z zaskakującymi, schowanymi za budynkami zakrętami – to wybijało z rytmu, ale były też stosunkowo łatwe fragmenty zjazdów, gdzie można było sporo nadrobić. Najważniejszym wyzwaniem było nie dać się ponieść emocjom i nie puścić wodzów fantazji. Mimo zachowawczego tempa po pierwszych 90ciu km średnia wynosiła sporo ponad 36/h i dawało to nadzieje na niezły czas na rowerze.

125_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_017969-4056420

Jednak utrzymywanie mocy to tylko jedno z zadań na tym etapie. Równie ważne, a być może nawet ważniejsze było właściwe żywienie. Od momentu kiedy wsiadłem na rower zaczęła się walka o utrzymanie energii w organizmie. Tomek przez tygodnie wbijał mi do głowy, abym powtarzał schematy odżywiania, przyzwyczajał ciało, a szczególnie żołądek i głowę do przyjmowania olbrzymiej ilości chemii w postaci żeli. W Ironmanie trening żywienia jest tak samo istotny jak przejechane i przebiegnięte kilometry i nie ma tu miejsca na przypadek. Niestety trochę z braku czasu, trochę z wrodzonej ignorancji, traktowałem ten element bardzo po macoszemu. Na sam etap rowerowy przygotowałem sobie 11 żeli rozpuszczonych w bidonie plus 5 dodatkowych w schowku. Do tego miałem ze sobą dwie małe bułki z masłem orzechowym. To kolejna sprawa, którą pokpiłem. Aby uniknąć problemów z żołądkiem powinienem przyjąć jakieś „twarde” jedzenie i to też należało przećwiczyć wcześniej. I niby ze dwa razy to zrobiłem, ale za każdym razem jadłem co innego. Raz drożdżówkę (i to było super), raz kajzerkę z masłem orzechowym ( kompletna porażka ). Na zawodach miałem takie dziecięce mleczne bułeczki, bo innych nie udało mi się załatwić – chemia w czystej postaci. Pierwszą zjadłem tuż po pływaniu. Później zgodnie z planem starałem się popijać żele z bidonu co 5 km. I wszystko szło zgodnie z planem aż do 80tego kilometra. Kolejna próba pociągnięcia łyka rozpuszczonych w wodzie żeli omal nie skończyła się wielkim pawiem. W tamtym momencie jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji.

Mniej więcej wtedy dogonił mnie mój kolega Darek Dąbrowski. Początkowo mnie to zaskoczyło, bo na krótszych dystansach jeżdżę od niego szybciej na rowerze, ale uznałem, że nie ma co ulegać emocjom. Przez kolejne prawie 30 km jechaliśmy w kontakcie wzrokowym trzymając takie samo tempo. Cała zabawa na trasie kolarskiej miała się zacząć w okolicach 105ego kilometra na drugiej znacznie trudniejszej pętli. Czekał tam na nas podjazd super killer. Kilkanaście kilometrów pod górę rodem z Alp, ze świetną nawierzchnią i ekstremalnymi serpentynami. W sumie ok 700 metrów przewyższenia. I właśnie tuż przed największym wyzwaniem wszystko zaczęło się sypać. Już chwilę wcześniej zacząłem odczuwać pewne niedogodności. Mimo, że słońca było dość niewiele , czułem jakby gotował mi się mózg. Marzyłem o rozpięciu kasku i ulżeniu pulsującym skroniom, ale to było oczywiście niemożliwe. Za taki numer mógłbym zobaczyć czerwoną kartkę.

130_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_025089-4056425

Prawie 30 kilometrów bez uzupełniania kalorii też dało o sobie znać. Darek, który od jakiegoś czasu jechał za mną, w pewnym momencie mnie wyprzedził i wyraźnie zaczął się oddalać. Spróbowałem powalczyć z drugą bułką, ale z trudem przepchnąłem jeden niewielki kęs. Opuchnięty żołądek dawał wyraźne sygnały – jestem pełny, daj mi spokój. 50 minut podjazdu było jakimś koszmarem. Nogi z waty, niestety przez małe W. Bo te Waty z wielkiej litery za żadne skarby nie chciały się wygenerować. Według planu podjazd musiałem jechać w okolicach 300-310 Watów, tymczasem z trudem kręciłem 260 W i kolejne grupki wyżyłowanych zawodników wyprzedzały mnie jak juniora. Liczyłem, że nadrobię coś na zjeździe, gdzie zawsze lepiej wypadam, ale kiedy w końcu dotarłem na szczyt, miałem już serdecznie dosyć tej zabawy. Kilkanaście kilometrów zjazdu po alpejskich serpentynach mimo wszystko poszło w miarę nieźle. Doświadczenie z jazdy po Tatrach się przydało, ale nie miałem siły tak dociskać pedałów na wyjściach z zakrętów jak choćby dwa dni wcześniej podczas treningu. Według mapki trasy od momentu osiągnięcia przełęczy czyli od 130ego km aż do mety miało być już z górki. Otóż wcale nie było. Nadal co jakiś czas musieliśmy się wspinać na krótkie lecz bardzo sztywne wzniesienia i walczyć krętymi uliczkami majorkańskich miasteczek. Cierpiałem już naprawdę konkretnie. Bolały mnie plecy, głowa, skręcony i skurczony żołądek, nogi może nie aż tak bardzo, ale nie były wstanie dać z siebie tego do czego tak długo były przygotowywane.

128_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_020576-4056423

W Ironmanie najgorsze jest to, że kiedy sądzisz, że wreszcie pokonałeś większość dystansu, jesteś bardzo zmęczony, ale zaraz już meta, to okazuje się, że tylko tak Ci się wydaje. Ok, zrobiłeś 80% roboty, jesteś już pięć godzin w trasie, ale to oznacza, że zostało Ci ponad 30 kilometrów i godzina do strefy zmian. A to dopiero 60% całości, bo masz przed sobą jeszcze maraton. Kiedy dotarło to do mnie po raz pierwszy naprawdę się załamałem. Do tego zdałem sobie sprawę, że nie ma mowy o tym, abym pojechał rower w czasie poniżej pięciu godzin z małym hakiem. Bylem obolały, zmęczony, ewidentnie na długu kalorycznym i wyraźnie zniechęcony. Być może z tego powodu nie zauważyłem zagrożenia jakie właśnie się pojawiło. Delikatnie kropiący deszcz nie sprawiał wrażenia groźnego. Jednak na 165 kilometrze przed jednym z ostrych zakrętów jakiś wolontariusz głośno ostrzegał nas przed śliską nawierzchnią. Mocną zahamowałem i sądziłem, że to wystarczy, ale w tym miejscu asfalt wyjątkowo był nieco gorszej jakości, z małymi, śliskimi kamyczkami na powierzchni. Gruchnąłem prawym bokiem i głową o ziemię. Asfalt był tak śliski, że rower poleciał jeszcze kilka metrów dalej. W pierwszej chwili byłem nieco oszołomiony, ale po kilku sekundach ból w łokciu i prawym udzie przypomniał co się stało. Nie minęło 30 sekund a kolejni zawodnicy ratowali się w tym samym miejscu, kilku zresztą, równie nieskutecznie co ja. Pierwsze wrażenie – chyba złamałem kość łokciową. Zwijałem się z bólu, a wolontariusz starał się mnie ściągnąć ze środka drogi, abym nie blokował trasy. Zdjął też mój kask, czym mi wyraźnie ulżył. Wyjąc z bólu próbowałem jednocześnie ocenić swoją sytuację. Przez głowę przeleciało mi tysiąc myśli. Paradoksalnie być może właśnie dzięki temu wypadkowi dotarłem do mety. Udało mi się wybłagać wolontariusza, żeby nie wzywał karetki – to oznaczałoby koniec wyścigu.

„Nie ma kurwa takiej możliwości!!!”- wykrzyczałem przez zęby. Tomek napisał mi przed zawodami, że o ile mi nogi nie urwie, mam skończyć. „To jest Ironman do jasnej cholery, a nie jakieś popierdółki dla płaczących maminsynków. Pokaż jaja i ruszaj tłuste dupsko. Prawdziwie ściganie się dopiero zaczyna. Nieważne jak, masz dotrzeć do tej pieprzonej mety, choćby na czworakach!!” – klnąc pod nosem z trudem się uniosłem i pokuśtykałem do roweru. Blok w bucie mi się przekręcił, kość udowa i prawy pośladek bolały niemiłosiernie, ale jakoś ułożyłem się na siodełku i pomknąłem dalej. Szybki specjalnie nie byłem, czego najlepszym dowodem była dziewczyna z kategorii wiekowej, która najpierw mnie dogoniła na rowerze, a później nie dała nawet szans na utrzymanie jej tempa. Co za porażka. Już nawet 200 W ledwo utrzymywałem. W Warszawie szybciej to ja jeżdżę długie treningi regeneracyjne.

W końcu po ponad 6,5 godziny dotarłem do strefy zmian. „Uff już tylko maraton” – jakkolwiek by to zabrzmiało niedorzecznie, tak pomyślałem. W worku z ekwipunkiem na bieg miałem przygotowany lekki strój do biegania. Nie spieszyłem się z przebiórką, ale byłem też już tak kompletnie zniszczony, że olałem fakt, iż właśnie rozebieram się do rosołu w koedukacyjnym namiocie na oczach młodych wolontariuszek. Powiedziałem tylko „sorry girls, I don’t mind anymore” i z pełną dostojnością zaprezentowałem klejnoty.

Początek biegu nie był wcale taki straszny jak sobie to wyobrażałem. Pusty od kilku godzin żołądek może nie dawał już ciału wartości odżywczych, ale też nie przeszkadzał. Do tego pogoda idealnie pasowała do biegania. 20 stopni, lekki deszczyk. Umęczony organizm dostał jakiś niespodziewany zastrzyk endorfin, zupełnie na kredyt. Pierwsze 10 km poleciałem w okolicach 5 minut na kilometr i to z wizytą w WC. Na bufetach starałem się pić dużo koli i próbować wyciągać chociaż jakieś minimum kalorii z pomarańczy i pojedynczych kęsów bananów. Żołądek nadal nie przyswajał niczego wartościowego.

138_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_042459-4056433

W sumie mieliśmy do pokonania 4 i pół pętli po mieście i malowniczej promenadzie nad morzem. Mimo kiepskiej pogody, trasa była wypełniona kibicami. Płaska, malownicza, bardzo przyjemna. W okolicach siódmego kilometra pętli mijałem za każdym razem moje dziewczyny – córkę i żonę. Myśl, że tam są bardzo pomagała mi się zmobilizować.

Nigdy wcześniej nie biegłem maratonu. Znawcy ostrzegali mnie o kryzysie po 32-35 kilometrze. Chyba jestem wyjątkowy, bo takiego nie miałem. Mój kryzys zaczął się już po półmaratonie. Endorfiny to paskudne, kłamliwe oszustki. A co gorsze, pozostawiają po sobie pustkę. Zgliszcza i zniszczenie. Początkowa euforia szybko ustąpiła postępującej agonii. Diabelski i destrukcyjny pakt obolałych, wypłukanych z minerałów mięśni i podupadającej na duchu głowy. Z drugiej strony czego się spodziewałem?! Przez 42,2 km praktycznie odbijałem się z tylko z lewej nogi, a prawa, obita podczas upadku służyła bardziej za podpórkę. Mój żołądek nadal pokazywał mi środkowy palec. Na samej coli wiele nie byłem wstanie ujechać. W sumie to chyba dobrze, że robiłem dopiero pierwszy swój maraton. Gdybym przy tych skurczach i bólu, po 2 godzinach biegu zdawał sobie sprawę, że z każdą minutą boli jeszcze bardziej, a w tej formie czekają mnie jeszcze kolejne dwie godziny męczarni, pewnie już dawno leżałbym w krzakach i płakał.

A tak robiłem sobie małe wyzwania i próbowałem je w miarę konsekwentnie realizować. Plan był taki – biegnę swoim tempem do kolejnego celu, w tym momencie to już ledwo poniżej 6 minut na km. Kiedy go osiągam, mam nagrodę chwilę marszu. Cel to bufet i łyk coli. I jakoś to będzie. W końcówce przechodziłem w marsz już 10 metrów przed colą i przeciągałem nagrodę na wiele metrów za strefę. Nie ma co ściemniać. Jeśli coś dokładnie pamiętam z maratonu, to odliczanie każdego kroku, każdego metra, który zbliżał mnie do mety. Nie było euforycznych uniesień, nie było transcendentalnych odczuć i katharsis. Był ból, cierpienie, upadki i mało efektowne próby podnoszenia się z kolan. Dopóki jesteś na trasie i walczysz ze sobą nie myślisz o heroizmie i efekciarstwie. Nie zastanawiasz się nad tym, że wyglądasz jak gówno, czujesz się jak gówno i masz ochotę walnąć się w kałużę na poboczu. Po prostu ciągniesz niesiony jakimś instynktem przetrwania do przodu i marzysz, kiedy wreszcie będziesz mógł się położyć.

141_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_044454-4056436

Gdy na pierwszych pętlach mijałem znaczniki z dystansem wyobrażałem sobie, że w tym samym miejscu na ostatnim okrążeniu będzie już z górki. Kiedy zobaczę 35,37 czy 40 kilometr to pomknę uradowany w kierunku mety. Nic bardziej mylnego. Gdy na 39km zobaczyłem znacznik dostałem torsji, szybko przeliczyłem, że przy aktualnym tempie mam przed sobą ponad 20 minut odbijania stóp od podłoża i splunąłem zniechęcony na bok. Naprawdę chciałem przyspieszyć, ale każda próba kończyła się takimi skurczami, że musiałem na krawężniku naciągać zblokowane mięśnie.

Niesamowite, że przez ten cały czas kalkulowałem na jaki wynik biegnę. Schodząc z roweru liczyłem jeszcze na czas około 10 godzin i 10-15 minut. Po półmaratonie uznałem, że sukcesem będzie złamanie 10.30. Po 35 kilometrach marzyłem o 10.45, a przez ostatnie 30 minut walczyłem o złamanie 11tu godzin. Wbrew pozorom dzięki takim aktualizowanym na bieżąco wyzwaniom jakoś doturlałem się do mety i nie straciłem do końca wiary, że cała ta zabawa ma sens. I wiecie co jest najciekawsze?! Że chociaż przez bramę finishera przebiegłem półprzytomny, miałem sine usta z niedożywienia, obolałe całe ciało i słaniałem się na nogach – nie miałem żadnych wątpliwości, że to mój największy sukces w życiu.

150_3rd-141916-DIGITAL_HIGHRES-1373_055046-4056445

Nigdy wcześniej nie musiałem tyle razy pokonywać kryzysów, walczyć ze swoimi słabościami i tyloma przeciwnościami. Oczywiście część z nich wynika z moich błędów, ale uwierzcie mi, że kiedy po takich przygodach w końcu przekraczasz linię mety, czujesz się bardzo szczęśliwy. Udowadniasz sobie, że masz jaja i charakter nie do zdarcia. I żaden cwaniak nie ma prawa podważyć Twojego sukcesu!! Wiesz też, że po takim zdarzeniu nie wiele jest spraw, które mogą Cię złamać i to jest chyba największą wartością tego całego pieprzonego Ironmana!!!

I jeszcze krótkie podsumowanie gastronomiczne. Podczas zawodów miałem zjeść ok 16 żeli, 2 bułki z masłem orzechowym, kolejne 4-5 żeli powinienem zjeść na biegu. Po zawodach opróżniałem bidony, schowki w rowerze i kieszenie w stroju – wyszło, że zjadłem ledwie jedną bułkę i 5-6 żeli na rowerze plus może jednego banana na biegu i wcisnąłem w siebie cztery ćwiartki pomarańczy. To oznacza, że praktycznie przez 7 ostatnich godzin Ironmana nie przyjąłem żadnego konkretnego pożywienia jednocześnie spalając w tym czasie 11 tysięcy kalorii!!!! To cud, że dotarłem do mety.

P.S. Najlepsze jest to, że w tym całym zamieszaniu i przy skrajnym wyczerpaniu nawet nie usłyszałem jak spiker powiedział – „Maciej You are an Ironman”. Cholera, w takim razie chyba muszę to kiedyś powtórzyć!! ;-)

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Gratulacje. No i zajebista opowieść.

  2. Gratuluje i dziękuję za szczerą relacje.

  3. Maciek Wielkie Gratulacje!!! Biegnąc maraton dla mnie przyjęcie trzech żeli to jest już problem a przy takiej dawce to aż się nie chce myśleć. Czytając i obserwując twoje treningi dajesz kopa również do dalszej pracy.

  4. Gratulacje Maciek! Dołączyłeś do rodziny Ludzi z Żelaza!!!💪👍😎
    PozdrTRI

  5. Wielkie gratulacje i super się to czyta.

  6. Super relacja i gratulacje !!!!! Ja mogę sie tylko pochwalić swoim Iron Manem z Poznania … Tylko ze trenuje 5 godzin tygodniowo i swoich wiosen juz nie liczę 😉😀

  7. Maciek, gratuluje ! Najważniejsze, że ukończyłeś. Przypomina mi się start Fabisza, który również miał trudności podczas startu i z założenia zdobycia slota na Hawaje musiał (przez kontuzję) walczyć o ukończenie (też kuśtykał). Wezmę sobie Twoje doświadczenie do serca i włączę do treningów żywienie. Szykuję się na Poznań w czerwcu. Dołączysz?

  8. Maciek jesteś Iron Manem do tego dąży każdy który zaczyna tą zabawę!! Gratulacje dla Ciebie i dla rodzinki za wyrozumiałość wiem ,że czasami jest z tym ciężko. :)

  9. Świetna relacja, podziwiam za walkę. Jesteś wielki!

  10. Wieeeeelkie gratulacje!!!!! Jak dla mnie, ludzie Ironmana, to wyjątkowi ludzie!!!!! Pokorą jest juz dla mnie maraton i walka o 2,50…. Nie wyobrażam sobie reszty dystansu. Ale chciałabym kiedyś to poczuć…

  11. Zdecydowanie mnie zachęciłeś, dzięki Maciek.

  12. Zazdroszczę pozytywnie! Mega fajnie piszesz o tej historii. W moim planie IM na 2018, ale po lekturze nie wiem czy nie za szybko…
    Gratuluję.

  13. Gratulacje IM – Iron Maciej !!!
    Dzięki za odsłonę warsztatu, ukazanie jak to wygląda od strony semi-PRO :)
    Już wielu osobom, które zaczęły przygodę z TRI albo bieganiem, poleciłem Twoje artykuły. Każdy sądzi że jak jesteś znany z TV to będzie to sport na pokaz. Nie spodziewają się dobrego pióra i takiego dystansu do siebie.

  14. Zaorałeś ale nie na próżno.
    Puenta mistrz, podobnie jak jej autor ; )
    Gratsy Maciek

  15. Świetna i bardzo szczera relacja Iron Maciej. Polecam Zurich, gdzie debiutowałem w tym roku. Jedna pętla w jeziorze z krystalicznie czystą wodą (bez tej soli co ci się dała we znaki), obłędna trasa rowerowa na dwóch pętlach ze sławnymi Bestią i Heartbresker’em, rewelacyjny doping i organizacja). Będę tam i za rok – chętnie pozbyłbym cię bliżej Maćku – Artur i Julita już zapisani. Zapraszam

  16. Szczerze gratuluję. Ironman to zupełnie inna zabawa niż chćby połówki. Reakcje jak u większości z nas, którym wydawało się, że są na to gotowi. Dla mnie najbardziej dobijające jest to, żeby zdobyć kolejne doświadczenia trzeba poczekać do następnego sezonu, ciężko pracować, a i tak ostatecznie nie wiesz co cię spotka na biegu.
    Na zachętę dodam, że pierwszy to jest niezwykły komfort. Zabawa się zaczyna jak gonisz za czasem.

  17. Gratulacje!!!
    Co do wyniku, to pewnie oczekiwania były inne, ale to jest właśnie piękno tego sportu. Sama relacja też super! Miałem podobne problemy z odżywianiem w Wolsztynie (maraton przebiegłem na wodzie i jednym żelu) i myślę co tu zmienić, żeby w przyszłości było lepiej.
    Pozdrawiam

  18. Gratulację!
    Podziwiam za siłę charakteru i zazdroszczę tych wszystkich emocji.
    Świetna relacja. Mam nadzieję, że i ja kiedyś popłynę, pojadę i pobiegnę!

    Pozdrawiam,
    Aga
    NaDystansie.pl

  19. Co za kretyński pomysł na rozrywkę dla facetów z małymi fiutami…

  20. Wielkie brawa!!!

    Na koniec etapu rowerowego napisałeś: „W końcu po ponad 6,5 godziny dotarłem do strefy zmian”

    Dla jasności – podajesz czas łącznie z pływaniem, a sam rower wykręciłeś w 5:31,57

    SUPER gratki jesteś wielki

  21. Szacun, Szacun i jeszcze raz Szacun. mega wysiłek, mega realizm i zero kolorowania. Chylę czoła i podziwiam. mam kilka maratonów na koncie ale to zero w porównaniu z tym co przeżyłeś!!!!

  22. Gratulacje ! Wiem , ze to świeżo po zawodach, ale moze jakies plany na przyszły rok. Proponuje IM w USA. Mógłbyś porównać Europę z kolebka triathlonu. Mogę służyć jako przewodnik i podzielić sie swoim skromnym doświadczeniem, wiem ze w Polsce masz doborowe , zawodowe towarzystwo Ironmenow, ale ze swojej strony mogę powiedzieć , ze chociaż nie jestem szybki to jak zaczne to muszę skończyć . Chciałbym zaplanować któregos z przyszłorocznych IM , wiec gdybys sie zdecydował chętnie sie dostosuje. Pozdrawiam Krzysztof Ksiag Irontrucker.us

  23. Maciek to było piękne! Czytając prawie cały czas się śmiałem, dla mnie cały opis jest zabawny, tak dawno się nie uśmiałem, może dlatego że podobnie się czułem na moim pierwszym maratonie. Walczysz z bólem, przeżywasz katusze, to miłe jest, prawda!? To nas napędza by jeszcze raz to przeżyć, pokonać siebie.
    Gratulacje.

  24. Maciek, czapki z głów BRAVO, BRAVO

  25. Gratki za relacje i lekkie pióro i tytuł IM rzecz jasna:) Czytałem pierwsze komunikaty na fb na tydzień przed moim startem IM Barcelona i mnie trochę wystraszyłes. Gratuluję siły woli, wielu pewnie by odpuściło. Do zobaczenia na linii mety ;)

  26. Trafiłem tutaj z #OnetRano :)
    Ja na razie po debiucie na 1/2 IM który robiłem 4 dni po tym jak mnie auto stuknęło na drodze. Co prawda pływanie bez jednej ręki, rower nieprzygotowany na złe drogi i bieganie w ponad 40 stopniach ale było nieźle.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top