Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja, Trening / 

Kontuzje nie są sexy czyli jak nie zostanę herosem

Miło jest pisać głodne kawałki jak to jest się twardzielem i silna wola pozwala przezwyciężyć najgorszy kryzys. Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!! Co za motywacyjno-korporacyjne brednie! Najgorsze, że sam w nie wierzę.

Mniej więcej w takim tonie był mój poprzedni felieton. Napisany świeżo po informacji, że moje ambitne plany wzięły w łeb, że sezon 2017 stanął pod znakiem zapytania i wszystko czym sportowo żyłem muszę póki co odłożyć w bliżej nie określonym czasie. Wówczas sądziłem, że będę twardy, nie poddam się i mimo wszystko przygotuję się do startu, a jak dobrze pójdzie to pod koniec maja spotkamy się na zawodach.

Niestety górnolotne hasła ni jak się mają do rzeczywistości. Wychodzenie z kontuzji w świecie realnym jest nad wyraz mało atrakcyjne i nie ma w sobie za grosz seksapilu. Podglądając heroiczną i jak się okazało niezwykle skuteczną walkę o szybki powrót na boisko naszego kadrowicza Arka Milika czy narciarki Lindsay Vonn naiwnie pomyślałem… ja też tak mogę. Też będę starał się utrzymywać zbudowaną formę, pracować nad elementami, na które normalnie brakowało czasu i za kilkanaście tygodni wrócę. Silniejszy, twardszy i jeszcze bardziej zdeterminowany do ostrej rywalizacji. Eee tam. Tak fajnie to wygląda może w hollywoodzkich filmach biograficznych albo w reklamie adidasa. W świecie sportowców amatorów entuzjazm i wielka wola walki to sinusoida, na którą wpływ mają przyziemne czynniki zewnętrzne wywoływane kataklizmami takimi jak zapiernicz w pracy, sraczka dziecka czy zwykła ludzka niemoc.

Tak więc już po kilku dniach zdałem sobie sprawę, że motywacyjny filmik z Milikiem żonglującym futbolówką ledwie dzień po rekonstrukcji więzadeł to nie moją bajka. Moja bajka to puchnący achilles na kanapie przed TV i próba przespania w nocy jednej godziny ciągiem bez poruszania kontuzjowaną stopą. Zabieg, któremu zostałem poddany nie jest ani szczególnie bolesny, ani specjalnie skomplikowany, ani nawet kontuzja nie należy do najgorszych. Jednak upierdliwość całej sytuacji daje wystarczająco w kość, aby podciąć skrzydła. Kiedy już dokuczliwy ból ustał, byłem gotów do podjęcia walki. Tylko co z tego, jeśli każdy dookoła gasi twoje zapędy. Niemal wszyscy próbowali powstrzymać mnie przed przedwczesnym powrotem do treningu. Bo prawda jest taka, że chcąc przyspieszyć powrót do startów o kilka, kilkanaście tygodni mogę sobie spieprzyć kolejnych kilka sezonów, a w najgorszym wypadku w ogóle się wyeliminować z jakiegokolwiek sportu na poziomie wyższym niż TKKF.

 

No to może chociaż brzuszki, pompki, jakieś ciężary na siłowni. To poszedłem, a właściwie to przykuśtykałem o kulach na siłkę. Już na dzień dobry Pani z recepcji jednoznacznie mnie powitała – A Pan co tu robi??? – jakby nie wierząc, że rekonwalescent też ma prawo poćwiczyć. Ale z drugiej strony faktycznie, co tu robić?! Od zawsze miałem wrodzoną awersję do przerzucania wszelkiego żelastwa, uważając tą czynność za kompletnie nudną i bezsensowną. Pokręciłem się po klubie, wziąłem jedno urządzenie, potem drugie, spróbowałem coś powyciskać, ale mój wzrok przez cały czas zazdrośnie uciekał w stronę rowerów spinningowych i bieżni. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek tęsknotą obdarzę bieżnie mechaniczną, której szczerze nie cierpię. Zapału starczyło mi na niespełna godzinę. I to by było na tyle. Mój trener uczciwie mi powiedział, żebym się specjalnie teraz nie szarpał, bo wchodząc w trakcie rekonwalescencji w jakiś pseudo reżim treningowy wiele nie zyskam, a tylko pozbawię się głodu trenowania w późniejszym okresie. Ostatecznie dobiłem się przeglądając profile na FB moich kolegów-rywali prezentujących swoje imponujące osiągnięcia, wielogodzinne treningi i wyraźnie zwyżkującą formę. Z czym do ludzi. Tamci zasuwają jak maszyny, ja się bawię w jakiś fitness. A w cholerę z taką robotą.

 

Mniej więcej w tym samym momencie odpuściłem kwestię żywienia. Prawdę mówiąc, to że nie ważę po trzech tygodniach od unieruchomienia 100 kg to tylko i wyłącznie zasługa korzystania z diety pudełkowej. A i tak wymiękam i co jakiś czas sięgam po słodycze. Z drugiej strony jak mam tego uniknąć, skoro ostatnio ciągle pracuję, a w mojej branży przyjęło się, że prowadzący w swojej garderobie zawsze mają obfity catering, w tym talerz ze słodyczami. Chwytałem się różnych forteli. A to oddawałem przysmaki koleżankom z „działu piękna”, a to prosiłem, aby w mojej garderobie nie pojawiały się takie frykasy. I co z tego. Dosadnym obrazem mego upadku było najpierw przekazanie talerza słodyczy fryzjerkom z garderoby obok, po czym zjedzenie całej jego zawartości ukradkiem, ledwie godzinę później. To już był chyba szczyt hańby. Zresztą na planie naszego flagowego polsatowskiego show regularnie okradam ze słodyczy Piotra Gąsowskiego, tłumacząc mu, że to wszystko dla jego dobra i jego zdrowia. Szkoda, że wobec siebie nie jestem taki nadopiekuńczy.

 

Na szczęście kilka dni temu miałem USG i wszystko goi się zgodnie z planem. Wciąż jeszcze muszę używać na co dzień buta ortopedycznego, ale za to mogę już pływać… na samych rękach. Co prawda tylko od ściany do ściany, bez nawrotów i bez odbijania, ale przynajmniej coś się dzieje. To samo z rowerem. Dostałem zielone światło na jazdę krótkich odcinków na rowerze stacjonarnym – w bucie ortopedycznym i do tego muszę pedałować z pięty, ale trzeba umieć się cieszyć nawet z takich małych rzeczy. A co dalej?? Niebawem zacznę chodzić bez żadnych dodatków. To już spory krok w przód. O bieganiu na razie mowy nie ma. Przy sprzyjających wiatrach truchtać zacznę w drugiej połowie kwietnia. Wciąż wierzę, że będę gotowy 11 czerwca na zawody Warsaw Triathlon 5150. Czy mi się uda?! Tego na razie nie wie nikt.

Maciek – 37 lat, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Naprawdę szczerze życzę powrotu do zdrowia. Idę biegac :) Niech moc bedzie z tobą Maciej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top