Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

Do trzech razy sztuka czyli jak presja niweczy plany

Mam wrażenie, że bardzo często im bardziej nam na czymś zależy, tym trudniej to osiągnąć. Kiedy 2 lata temu firma Labosport ogłosiła, że jedną z imprez swojego prestiżowego cyklu Garmin Iron Triathlon zorganizuje w Piasecznie, krew w moich żyłach zaczęła mocniej pulsować. Triathlonowe ściganie niemal pod domem, w miejscowości,w której chodziłem do liceum i spędziłem piękny okres nastoletniości – tego jeszcze nie było. Stare śmieci, Górki Szymona, to tam chodziło się po szkole, niekoniecznie w celach poprawiania kondycji. Aż się łezka mi oku zakręciła. No i oczywiście mnóstwo znajomych, starych jak i nowych, bo w końcu Piaseczno leży przy samej stolicy. Już od pierwszej edycji, szczególnie stołeczni zawodnicy niezwykle się na ten start napinali. A dla mnie była to wręcz sprawa honorowa, aby na swoim terenie pokazać się od jak najlepszej strony. Sami rozumiecie – to już nie tylko kwestia sportu, ale szansa na podleczenie swoich licealnych kompleksów. Jako żelazny rezerwowy szkolnej drużyny koszykarskiej, przyspawany do ławki z zazdrością obserwowałem podkoszowe wyczyny bardziej utalentowanych, atletycznie zbudowanych kolegów , na widok których koleżanki nieomal mdlały. A tu po 20 latach pojawia się taka okazja pokazania się starym ziomkom, byłym, a w ogromnej większości niedoszłym dziewczynom, jak to z małego licealnego grubaska wyrósł triathlonista. Amator, ale z profesjonalnym zacięciem. No dobra, przyznaję się bez bicia. Że schudłem, też chciałem pokazać. I że wynik na mecie będzie dobry tym bardziej.

13281993_1111589342218194_1619660508_n

Reprezentacja LO Piaseczno rok 1996. Ten w kuckach nr 9, drugi od lewej to ja ;-)

Ta presja wyniku najwyraźniej musiała mnie paraliżować, bo przez pierwsze dwa lata zawsze coś mi w tym Piasecznie nie wychodziło. A to umarłem na biegu i dałem się wyprzedzić w naszej świętej wojnie redaktorowi Grassowi (skądinąd też mieszkańcowi tej gminy ). Porażka tym bardziej bolesna, że stawką było ostatnie miejsce na pudle w kategorii. A to w zeszłym roku tak byłem nagrzany, że zerwałem na pierwszych kilometrach łańcuch. Uszkodzenie zapewne miało związek ze zużyciem materiału, ja jednak, dla poprawy swojego samopoczucia i budowania wizerunku nadczłowieka wolę wersję, że to efekt zwierzęcej siły drzemiącej w moim ciele.

Do trzech razy sztuka w takim razie. Po niespecjalnie udanym starcie z zeszłym tygodniu w Olsztynie byłem pełen obaw. Do mojej tradycyjnej piaseczyńskiej presji doszło jeszcze ciśnienie i chęć rewanżu. To nie miało prawa się dobrze skończyć. Przez cały tydzień robiłem wszystko aby rozładować skumulowane ciśnienie na wszelkie możliwe sposoby. Nawet w dniu startu jak mantrę powtarzałem sobie, że to tylko zwykły start treningowy, niepriorytetowy i nic złego się nie stanie nawet jeśli sukcesu nie będzie. Mózg swoje, a podświadomość swoje. Z tyłu głowy planowałem taktykę i obliczałem ile to muszę popłynąć i pojechać, żeby odskoczyć rywalom z kategorii przed biegiem. I choć dystans 1/4 IM czyli 950m pływania, 45 km roweru i 10,55 km biegu nie jest specjalnie morderczy, to z  prognozy pogody wynikało, że będzie to ciężki wyścig przy bezwietrznej i słonecznej pogodzie.

Piekło zaczęło się już na starcie pływania. Chwilę po dwunastej, w płytkiej i niespecjalnie czystej wodzie bezimiennych stawów piaseczyńskich zakotłowało się niczym podczas tarła łososi. 500 osób na tak małej przestrzeni rzuciło się w kierunku pierwszej boi. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak długo płynąłem w takim dzikim tłumie. To były zupełnie nowe, nieco przerażające doznania. Chyba po raz pierwszy w życiu zostałem kilkukrotnie potraktowany pięścią w twarz, co ciekawe przez jedną z filigranowych koleżanek. Oczywiście nie mam jej tego za złe, bo nie sądzę, że zdawała sobie z sprawy, gdzie ląduję jej dłoń podczas próby płynięcia. Zresztą nie mogę wykluczyć, że i ja zostawiłem ślad swoich dłoni na czyjejś twarzy. Cóż, nikt nie mówił, że będzie przyjemnie. Skupiony na ochronie stanu uzębienia i gogli na oczach troszkę zaspałem na pierwszych 200tu metrach, a kiedy już stawka się rozciągnęła, a sytuacja uspokoiła postanowiłem cwaniacko utrzymać się w nogach jakiejś wyjątkowo sprawnej niewiasty. Miałem cichą nadzieję, że tempo nadaje mi jedna z najlepszych polskich triathlonistek, Paulina Kotfica, co dawało nadzieję na świetny wynik etapu pływackiego. Przy wyjściu z wody okazało się jednak, że była to inna, nieco wolniejsza zawodniczka. To tłumaczyłoby, dlaczego płynąłem za nią na sporym luzie.

13244113_10153499259346456_5497049007181126726_o

foto Magda Warzybok

Celem podstawowym tej części zawodów była ucieczka przed możliwie jak największą grupą zawodników lepiej biegających, w tym przed wszystkim przed moim serdecznym kumplem i niedoścignionym dominatorem kategorii M35 – Michałem „Majkelem” Majką. Tydzień wcześniej włożyłem mu w wodzie 2,5 minuty, więc mocno się zdziwiłem, kiedy dobiegając do roweru usłyszałem znajomy głos – „Maciuś, jestem za Tobą” . Michał popłynął znakomicie, tak więc mój plan spalił na panewce. Cóż, pozostało mi walczyć o wysoką pozycję w generalce i utrzymanie drugiego miejsca w kategorii. Mimo wysokiego tętna jechało mi się bardzo dobrze. Uwielbiam ściganie na takich trasach. Bez nadmiernej liczby partii technicznych, z długimi prostymi, na których można się rozhuśtać i spokojnie, w swoim rytmie przepychać pedały. I właśnie po sekcji zakrętów dogonił mnie Majka. Pozwoliłem mu odjechać na kilkanaście metrów i tak podróżowaliśmy przez kolejne kilometry. Po jakimś czasie udało mi się nawet go wyprzedzić. Ale po kolejnym nawrocie Michał wyszedł na prowadzenie. Trzeba przyznać, że jazda w kontakcie wzrokowym z rywalem na podobnym poziomie bardzo pomaga się zmotywować. Chociaż obydwaj podejmowaliśmy próby, żadnemu z nas nie udało się urwać na więcej niż 30-40 metrów. I to mimo, że przez większość czasu jechałem po 310-325 Watów. Dla mnie najważniejsze było to, że wyprzedzałem kolejnych zawodników i nie dawałem się dogonić innym. Niestety do czasu. W pewnym momencie obok mnie przemknął jakiś chyba czerwony punkcik, w chyba czarnym kasku. Piszę chyba, bo wszystko działo się w takim tempie, że jedyne co uchwycił mój umysł, to gigantyczne łydki, które z niebywałą lekkością pchały rower do przodu. Facet był jakimś nadludzkim gigantem, większym ode mnie ze trzy razy, a przypomnę, że nie jestem oseskiem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zostałem tak niemiłosiernie upokorzony na rowerze. Miałem tylko nadzieję, że taki olbrzym nie ma szans na trudnej trasie biegowej i tam go dopadnę. Dopiero po zawodach dowiedziałem się, kto spuścił nam takie manto. To najwybitniejszy polski kolarz torowy, 3-krotny olimpijczyk, brązowy medalista mistrzostw świata – Grzegorz Krejner. I na szczęście występował w sztafecie. Ma facet kopyto, trzeba przyznać.

13233157_10153499259016456_8631299506783990167_n

foto Magda Warzybok

Do strefy zmian wpadłem chwilę za Michałem, w okolicach 7-8 miejsca w generalce. Wiedziałem, że jest dobrze, ale spodziewałem się, że kilkanaście hartów tuż za moimi plecami już ostrzy sobie zęby na część biegową. Ku mojemu zdziwieniu, na niełatwej, w dużej części krosowej trasie dość długo trzymałem się znacznie lepszych biegaczy takich jak choćby znakomity pływak Piotr Kalinowski. Niestety przy mojej wadze długie odcinki piaszczyste kompletnie wybijały mnie z rytmu i od nowa musiałem się wkręcać w swoje tempo. Mimo to starałem się trzymać planu mojego trenera. Tomek Kowalski kazał mi zacząć po ok. 4.15/km , a po 3 kilometrach spróbować przyspieszyć do 4.10/km. Nie do końca byłem wstanie to kontrolować, bo na długich leśnych odcinkach mój GPS wariował i pokazywał jakieś nierealne dane. Dlatego próbowałem biec na czuja i możliwie długo uciekać przed grupą pościgową. Bardzo się zdziwiłem, kiedy po połowie dystansu prawie nikt mnie nie wyprzedził. Mimo upału i rosnącego zmęczenia czułem się wyjątkowo dobrze. Akumulatory dodatkowo ładowałem mijając moje grupy wsparcia czyli żonę, córkę i przyjaciół. Ku wielkiemu zaskoczeniu zobaczyłem nawet moją mamę, której wcale się tam nie spodziewałem. Jej wzruszona mina i duma wypisana na twarzy dodała mi skrzydeł. Nie ma co gadać – porządni kibice to jednak +10 punktów mocy. A w Piasecznie kibice byli fantastyczni. Na każdej z czterech pętli mijałem mojego trenera, który choć raczej nieskory do zbędnych pochwał, docenił moje niezłe tempo. Pochwały były jednak do czasu. Na ostatnim kółku zostałem przez niego zbesztany i o ile dobrze pamiętam zarzucił mi, że zbyt swobodnie sobie biegnę, za dobrze wyglądam i powinienem przyspieszyć. Coś tam przyspieszyłem, ale raczej przyszło mi to opornie. Wciąż byłem dość wysoko i to mnie satysfakcjonowało. Resztką sił, już mocno zmęczony, podkręciłem tempo kilometr przed metą i z nieukrywaną ulgą wpadłem na metę.

13267817_10153499258031456_8361172382394101151_n

13256065_10153499257416456_2929817652546375873_n

foto Magda Warzybok

 

Byłem cholernie zadowolony, szczęśliwy i wyraźnie odstresowany. Bo syndrom Piaseczna, ta niepotrzebna, wewnętrzna presja trochę za bardzo mi ciążyła. Ważne, że się udało. Załapałem się do pierwszej 15tki w klasyfikacji generalnej, w kategorii przegrałem tylko Majkelem, ale przede wszystkim wreszcie nieźle pobiegłem – średnia 4.13/km na takiej trasie oceniam pozytywnie. Rower zresztą też poszedł nieźle, 39km/h średnia, 312 W, a przede wszystkim bez zbędnego katowania. Była spora rezerwa, ale wolałem się oszczędzać przed biegiem.

13227087_1720137958224994_582004895102902389_n

Można mówić co się chce. Że sport amatorski to zabawa, że ważny jest udział, a nie wynik, że trzeba czerpać z niego radość, a nie znajdować kolejne powody do frustracji. Ale niemal każdy z nas stawia sobie jakieś cele. I nie ważne czy celem jest miejsce na podium, pokonanie sąsiada, nowa życiówka, czy nawet samo osiągniecie mety. Ważne, aby przekraczać dotychczasowe granice, aby swój cel osiągnąć, aby poczuć, że ciężka praca zaowocowała sukcesem. Jeśli praca nie przynosi efektów, mamy prawo czuć zawód. Jeśli jednak udaje się zrealizować założone plany, wtedy radość daje gigantyczną energię, którą możemy spożytkować nie tylko w sporcie. Ta niezwykła świadomość, że było ciężko, ale naprawdę było warto. Ja wczoraj właśnie tak się czułem i pozytywnie naładowany na najbliższe tygodnie mogę w spokoju trenować, pracować i poświęcać się rodzinie. Czego i Wam życzę.

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Podziwiam Pana determinację w stałym poprawianiu osiąganych wyników. Ponieważ jest Pan osobą znaną, porównywałem Pańskie osiągnięcia z wynikami mojego syna , którego Pan systematycznie dogania . Wiem ile pracy i wyrzeczeń kosztuje dojście do tak wysokiego poziomu przez sportowca-amatora.
    Aby uprawiać sport dla „ludzi z żelaza” nie wystarczy mieć talent, wymaga on ciężkiej pracy i prawdziwej pasji niezależnie od tego, czy ktoś jest dziennikarzem czy lekarzem.

  2. :) my wystartowaliśmy w sztafecie – ja jechałem na rowerze. Jak przed startem kolega mi podesłał kto jedzie w konkurencyjnej drużynie, to trochę byłem w szoku. Wstydu nie było, bo przegrać z kimś takim to zaszczyt!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top