Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

Czasem porażka staje się tryumfem

 

To miał być ten dzień. I wszystko wskazywało na to, że będzie.

Przez ostatni tydzień odpoczywałem, regenerowałem organizm, próbowałem zaleczyć chory bark i bardzo lekko trenowałem. W Gdyni pojawiłem się w czwartek po południu i od początku w powietrzu dało się wyczuć, że w tym mieście dzieje się coś nadzwyczajnego. Znaki, plakaty i flagi z logiem Ironman opanowały centrum, a w okolicy zagęściło się od sportowych rowerów, dziwolągów w piankach, przepychających się pomiędzy plażowiczami, a także ubranych w jaskrawe stroje i charakterystyczne daszki biegaczy. Nad Gdynią pojawiło się widmo zarazy zwanej potocznie triathlonem. Dla świrów takich jak ja to okoliczności wprost wymarzone i w tej gęstej atmosferze, której skład stanowiła wybuchowa mieszanka przedstartowego stresu i podniecenia czułem się jak ryba w wodzie. Tego uczucia i tej otoczki nie da się porównać z żadną inną imprezą, nic nie ujmując świetnie organizowanym zawodom w całym kraju. W tym jedynym przypadku mówimy o bezsprzecznie największej imprezie tego typu w kraju, rozgrywanej naprawdę w samym centrum dużego miasta, w samym środku sezonu wakacyjnego, a to wszystko okraszone jest jeszcze magią znaczka Ironman. Uwierzcie, że po wielu startach w tej serii za granicą, straciłem mistyczne podejście do rangi IM, ale w Gdyni magia wróciła. Nie wiem czy to kwestia dumy, że Polska, która jeszcze 4 lata temu na triathlonowej mapie była białą plamą, doczekała się takiego wyróżnienia? A może fakt, że to wszystko rosło na moich oczach i teraz miało się zmaterializować? Czułem, że uczestniczę w czymś nadzwyczajnym. Wydarzeniu, które znacznie wykracza poza sportową pasję garstki zapaleńców. Że zawody w Gdyni to część większego zjawiska, w którym uczestniczą już nie setki, nie tysiące, ale może i miliony naszych rodaków, którzy chcą aktywnie spędzać swój wolny czas. Uprawiając sport, ale równierz kibicując tym, którzy walczą ze swoimi słabościami na trasie. To co się wydarzyło kilka dni później dobitnie mnie o tym przekonało.

11863406_1627587984146659_2138863051868333506_n

Nie będę się rozpisywał o szczegółach przed startem, bo szkoda na to Waszego czasu. Ale w piątek i sobotę, na rewelacyjnym Expo, w strefie zmian, podczas sprawdzania trasy pływackiej, czy nawet chodząc po mieście przeżyłem mnóstwo cudownych chwil, spotykając ludzi, z którymi się przyjaźnię, koleguję, komunikuję poprzez FB, a czasem kompletnie mi obcych, ale tak samo jak ja kochających sport, adrenalinę, emocje i wyzwania. I znów potwierdziło się, że to są jedne ze wspanialszych momentów w moim życiu. Znów zdałem sobie sprawę, że cały ten sport i rywalizacja nie dawałyby takiej frajdy gdyby nie społeczność, środowisko, które w 99% genialnie się wspiera i wzajemnie nakręca. I jeśli nawet kiedyś, z jakiś powodów nie będę już mógł się ścigać, to na pewno dalej będę blisko tych ludzi. Bo to oni są największą wartością jaką wyniosłem ze sportu. Dlatego w Gdyni aktywnie jako kibic uczestniczyłem zarówno w piątkowych zmaganiach dzieciaków w aquathlonie – to jest rewelacja, jak i w sobotnim wyścigu sprinterskim. Jak to miło popatrzeć jak inni się męczą i cierpią na trasie.

11017830_1070227583002579_5734949435610326027_n

Ostanie godziny przed wprowadzeniem roweru do strefy zmian poświęciłem na poprawienie pozycji na rowerze. Wiem, tuż przed startem nie jest to najmądrzejszy pomysł, ale okazało się ( tu ukłon dla Marcina Waniewskiego ), że moje problemy z barkiem były wywołane zbyt agresywną pozycją. Musiałem nieco podnieść podłokietniki i efekt był natychmiastowy. Bark i cała ręka przestały drętwieć i uznałem, że pal licho aerodynamikę, ważne żebym nie cierpiał. A co ma być to będzie. Jeśli mam parę pod nogą, to nic mi nie przeszkodzi. Jednak patrząc na listę startową przeszkodzić mogli mi rywale. W sumie 2000 zawodników, z czego ponad ¼ – niemal 600 osób w mojej kategorii M35. I to same tuzy, najlepsi z najlepszych…trzydziestokilkolatków. Do walki o podium czy Top 5 mogło się włączyć ponad 25 osób. Znałem większość z nich bardzo dobrze i wiedziałem, że aby osiągnąć sukces muszę tym razem pójść na całość.

Uczestnicy zawodów zostali podzieleni na fale startowe, zgodnie z kategorią wiekową. Moja grupa rozpoczynała rywalizację 30 minut po zawodowcach i 10 minut po mieszance młodszych kategorii i kobiet. Stojąc na starcie, w pierwszej linii, wśród najlepszych pływaków zdałem sobie sprawę z tego jak wszyscy, ze mną włącznie, są nabuzowani i bojowo nastawieni. Czekało nas 1,9 km pływania, 90 km roweru i ponad 21 km biegu. Za kilka chwil wystrzał z armaty miał rozpocząć naszą walkę, grubo ponad 4 godziny zmagań. Dla mnie tradycyjnie był to niezwykle ważny moment, bo od dobrego pływania zależała moja pozycja wyjściowa. Nie mogłem zbyt wiele stracić do kilku lepszych pływaków i musiałem możliwie dużo zyskać w stosunku do większości świetnych biegaczy.

11041539_802463326540338_7906482352578994077_n

W końcu ruszyliśmy. Na szczęście już po kilkudziesięciu sekundach zrobiło się dość luźno. Mogłem swobodnie kierować się na kolejne boje i starać się nie stracić z oczu najlepszych w wodzie czyli Pawła Traczyka i Artura Czerwca. Niestety Ci szybko się oddalali, ale ja trzymałem swoje tempo. Zgodnie z zaleceniami z odprawy, płynąłem na rejowy żaglowiec, który ponoć mieliśmy opłynąć, ale w pewnym momencie zgłupiałem, bo zobaczyłem tłumy czepków, które skręciły znacznie wcześniej. Byli to zawodnicy z wcześniejszej fali, których dogoniliśmy. Zdezorientowany zatrzymałem się i próbowałem zrozumieć co się dzieje. W końcu uznałem, że trzeba płynąć tak jak wszyscy, chociaż z tego wynikało, że trochę nadrobiłem drogi. Przez następnych kilkaset metrów zastanawiałem się, czy nie uległem „owczemu pędowi” i za chwile nie okaże się, że po wyjściu z wody zostanę zdyskwalifikowany za skrócenie trasy. Ale z czasem doszedłem do wniosku, że po pierwsze obok płynęli na deskach i łódkach sędziowie i chyba daliby nam jakiś sygnał, a poza tym jak w takiej chmarze ludzi mają nas rozpoznać, skoro niemal wszyscy wyglądają identycznie, a nasze numery są schowane pod piankami. ( Później okazało się, że statek się zerwał z kotwicy, a my płynęliśmy na boje, które stały we właściwym miejscu. )

Po niespełna 29 minutach wybiegłem na plażę w okolicy 6 miejsca w kategorii, równo z moim kumplem Radkiem Pawłowskim, z którym na co dzień razem trenujemy pływanie. To oznaczało, że nie było źle, ale miałem nadzieję być trochę od niego szybszy. Zaczęła się pogoń do strefy zmian – w sumie dobrych 800 metrów z pianką na biodrach, z podwyższonym tętnem, ale za to w szpalerze rozemocjonowanych kibiców. Wiedziałem, że w stosunku do założeń jestem około minuty w plecy. Dla laika to może nic w perspektywie tylu godzin na trasie, ale ja świetnie zdawałem sobie sprawę, jak wiele kosztowały mnie błędy w wodzie. Kiedy dobiegłem w końcu do swojego stanowiska, zobaczyłem jak na rower wskakuje już Czerwiec. Szybka kalkulacja była bezlitosna – tracę do niego około dwóch minut. Sporo. Mając w pamięci łomot, który mi sprawił ledwie tydzień wcześniej w Kielcach chwyciłem sprzęt i pognałem na trasę.

IMG_6556

Doświadczony zawodnik wie od razu czy tego dnia „noga podaje” czy też nie. Kiedy naciskasz pedały i czujesz wysiłek, kiedy każde przepchnięcie korby sprawia Ci ból już wiesz, że tego dnia nic dobrego Cię nie czeka. Jednak gdy płynnie i z lekkością wkręcasz się na co raz większe prędkości, gdy rower przecina powietrze niczym bolid Formuły 1, a Ty masz wrażenie, że Twoje nogi, Twoje całe ciało tworzą z maszyną monolit – wtedy już wiesz, że będzie dobrze. Już po kilkuset metrach poczułem, że tego dnia moje nogi mogą więcej niż zwykle. Zmiana pozycji na kierownicy bardzo pomogła i bezboleśnie mknąłem przed siebie. Jedynym zmartwieniem była dla mnie śliska, mokra nawierzchnia i ponad tysiąc zawodników z innych fal przede mną, których musiałem w tych warunkach możliwie szybko, ale i bezpiecznie wyprzedzić. Jak bardzo groźne były te warunki przekonałem się już po kilometrze, kiedy zbyt szybko wchodząc w zakręt na rondzie usłyszałem złowrogie chrobotanie gumy o asfalt. Niebezpiecznie się przechyliłem i już myślałem, że będę leżał albo co najmniej zgubiłem oponę, ale jakimś cudem wyprowadziłem rower z uślizgu. Sprzęt był cały, ja cały, pozostało tylko cisnąć do przodu, ale przy zachowaniu dużej ostrożności.

Właściwie przez całą pierwszą 45cio kilometrową pętlę pędziłem do przodu z nierozerwalnym „lewa wolna” na ustach. Czasem było to grzeczne „ uwaga wyprzedzam od lewej”, ale zdarzyło się kilka razy nieco bardziej tubalne, a w skrajnych przypadkach wręcz rozkazujące „LEWAAAAAA WOLNAAAA!!!!!!”, kiedy mijani zawodnicy mniej chętnie zostawiali wolną przestrzeń. I chociaż udało mi się uniknąć jakiś dramatycznych sytuacji, to pierwsza połowa trasy rowerowej była istnym rollercosterem, który miał tę zaletę, że przynajmniej nie miałem czasu się nudzić. Zresztą jak tu się nudzić, kiedy wszystko idzie aż nadto dobrze. Już po 10 kilometrach zobaczyłem, że „moja zguba” Artur Czerwiec jest tuż tuż. A po chwili już go wyprzedziłem.

11844246_493962640761642_2043344464_n

Cały czas zmniejszałem też dystans do świetnych zawodników z młodszych fal, a nawet kilku takich, którzy aspirują do kategorii PRO . Takie pozytywne komunikaty poprawiają nastrój, pomagają się zmotywować i przeć jeszcze mocniej do przodu. Zresztą i bez tych obserwacji mogłem być z siebie zadowolony. Mój miernik mocy (urządzenie, które liczy ile energii generuję naciskając na pedały i jest znacznie bardziej miarodajne niż prędkościomierz, który nie uwzględnia wiatru, czy nachylenia terenu) wskazał, że pierwsze 45 kilometrów pokonałem ze średnią 313 Watów. To dawało średnią prędkość w okolicy 39 km/h. Tak mocny nie byłem nawet na zawodach o połowę krótszych. Na drugiej pętli kontynuowałem swój pościg, który wtedy już zamienił się w ucieczkę. A gonili mnie faworyci, faceci, którzy od lat rządzą w mojej kategorii, ale mają też na swoim koncie sukcesy w poważnym ściganiu. Siejakowski, Majka czy Markowski nieubłaganie się zbliżali. Sam fakt, że doszli mnie dopiero na 70 km i tak dał mi sporo satysfakcji. Nigdy wcześniej tak długo nie uciekałem „Siejakowi”. Zresztą do strefy zmian dojechałem kilkanaście sekund za nimi i w tym momencie byłem w czołowej piątce swojej kategorii. Pozostało nam najtrudniejsze – 21,1 km biegu.

11857761_493962637428309_406735354_n

Kilkadziesiąt metrów przede mną człapał Marek Markowski, z którym nie raz już toczyliśmy heroiczne boje, także w Gdyni dwa lata temu, kiedy rozgrywaliśmy swój mały „IronWar”, biegnąc przez wiele kilometrów ramie w ramie. Wydawało mi się, że jego charakterystyczna, ubrana w pomarańczowy strój teamu CCC postać, jest na wyciągnięcie ręki. Że go wreszcie dopadnę, bo w tym sezonie dotychczas lepiej od niego biegałem, ale nic takiego nie następowało. Teoretycznie rower taktycznie rozegrałem bez zarzutu. Trzymałem równe tempo, regularnie piłem i jadłem żele. Założenie na bieg było proste – zaczynam spokojnie, tak po 4.30, a później delikatnie przyspieszam. Plan minimum to godzina i 35 minut na półmaratonie. Taki czas dałby mi wymarzony wynik całości minimalnie przekraczający cztery i pół godziny. Walczyłem przede wszystkim o nową, dobrą życiówkę, ale nie traciłem nadziei na bardzo wysokie miejsce w generalce i w kategorii, gdzieś blisko podium. Być w top 5 zawodów IM , w tak mocnej krajowej obsadzie byłoby dla mnie wielkim sukcesem i ta myśl towarzyszyła mi na pierwszym okrążeniu biegu.

11825961_10207699296659165_8701574546825720378_n

W sumie mieliśmy do pokonaniu 3 pętle, w tym 3 razy 1200 metrów znienawidzonej przez wielu biegaczy słynnej w Gdyni ulicy Świętojańskiej. To niby żadna górka, ale ten ponad kilometrowy podbieg ciągnie się w nieskończoność i potrafił skarcić już nie jednego cwaniaka. Z drugiej strony wszelkie bóle i cierpienia koją kibice, których tysiące wybierają właśnie ten fragment trasy, aby wspierać walczących zawodników. Pierwszą pętle nawet jakoś przeżyłem i wedle relacji osób postronnych „nieźle wyglądałem”. Pomarańczowy strój Markowskiego wciąż się nie przybliżał, mimo, że w moim odczuciu Marek ledwo powłóczył nogami. Pewnie zmieniłbym zdanie, gdybym zobaczył siebie. Drugi podbieg pod Świętojańską już nie był tak przyjemny. Może nie licząc klapsa w tyłek, którego dostałem od mojego przyjaciela i guru polskich triatlonistów Marcina Koniecznego. Mkon, który tego dnia potwierdził, że mimo ponad 40tki na karku, jest najlepszym polskim amatorem, startował 10 minut za mną i fakt, że dogonił mnie tak późno w sumie powinno mnie uszczęśliwić. Całą radość zabrała mi jednak Świętojańska, która za drugim razem dała mi ostro w kość. O utrzymaniu założonego tempa mowy nie było, szczególnie, że w międzyczasie wyszło słońce i nie dość, że zrobiło się ciepło to jeszcze duszno. Nogi stały się ciężkie, a łydki straciły sprężystość. Klasyczne objawy kiedy kończy się „paliwo”. To nie była konsekwencja mocnej jazdy na rowerze. Te objawy znam aż nadto dobrze, po zeszłorocznej Gdyni. Wtedy szalona jazda poskutkowała wypłukaniem organizmu i skurczami, przez które wycofałem się z rywalizacji. Tym razem zapłaciłem karę za próżność, zachłanność i głupotę. Bokiem wyszedł mi częsty udział w zawodach. Ironman w Gdyni był już moim 8 startem w tym sezonie i to po trzytygodniowym maratonie, weekend w weekend. Stało się to co najgorsze. Nie mogłem już zmusić swojego ciała do podjęcia jeszcze jednej próby przyspieszenia. Właściwie marzyłem tylko o tym aby dobiec do kolejnego punktu żywieniowego, tak by spragnione usta mogły łapczywie się czegoś napić i aby schłodzić przegrzany organizm. Musiałem już bardzo źle wyglądać, bo licznie wspierający zawodników kibice z wyraźnym współczuciem zagrzewali mnie do dalszej walki wołając „…Maciek walczysz, dobrze wyglądasz…”. Wiedziałem, że próbując podtrzymać mnie na duchu, nie mówią prawdy, ale byłem im cholernie wdzięczny, bo bez ich dopingu pewnie nie doczołgałbym się do mety.

11836741_802468573206480_8866708160796160876_n

11873743_802465516540119_2648134607267693378_n

Najbardziej rozwalał mnie psychicznie czas. Przed ostatnim kółkiem wiedziałem już, że ciężko będzie poprawić życiówkę i złamać 4.30. Ale pamięć o zeszłorocznym blamażu nie pozwalała mi się zatrzymać. Musiałem przesuwać kolejne magiczne bariery i wmawiać sobie, że i tak jest nieźle. Nie zrobię 4.35, trudno – 4.36 to też zacny czas. Nie dam rady 4.37?! Nie ma sprawy, przed sezonem i z 4.38 byłbym szczęśliwy. Tak licząc sobie pod nosem dobiegłem do 20 kilometra, kiedy zdałem sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie to nie zmieszczę się nawet w granicach 4.40. Zapomniałem, że tradycyjnie minutę przed startem uruchomiłem stoper i czas w rzeczywistości nie był aż tak dramatyczny. Nie mniej jednak postanowiłem przyspieszyć. Od razu złapał mnie skurcz uda, ale widząc w oddali trybuny i zielony dywan prowadzący do mety nie dałem się pokonać. Lekko kuśtykając wbiegłem na ostatnią prostą nie wierząc, że zmieszczę się w zaplanowanym czasie. Kiedy w końcu przekroczyłem metę, padłem na ziemię i długo nie mogłem się podnieść.

11014273_10207699292939072_108745296000068468_n

Byłem cholernie szczęśliwy, że ten koszmarny bieg nareszcie się skończył i cholernie wściekły, że pobiegłem tak wolno. Aż 7 minut wolniej niż półtora miesiąca wcześniej na tym samym dystansie w Danii. Po chwili nieco doszedłem do siebie. Udało mi się nawet wycałować córkę i żonę. Dopiero pół godziny później spokojnie poszedłem do strefy regeneracji. Ku mojemu zdziwieniu nic mnie nie bolało. Żadnych skurczy, naciągnięć, żadnych objawów, które tak często się pojawiają, kiedy walczy się na granicy możliwości. Kiedy wreszcie ochłonąłem, pogadałem z trenerem i innymi doświadczonymi zawodnikami zaczęło wszystko do mnie docierać. Właściwie czego ja od siebie wymagam??? Czego oczekuje?? Czy większą sztuką jest zaliczyć świetne zawody kiedy wszystko się udaje?! Czy może znacznie większym osiągnięciem jest zrobienie całkiem dobrego rezultatu, kiedy przeżywa się trudne chwile?!

IMG_6569

Ja tego dnia walczyłem od pierwszej do ostatniej minuty. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Chciałem udowodnić, głównie sobie, że stać mnie na nawiązanie walki, na pojedynek z rywalami i z samym sobą. A moim największym zwycięstwem, jest bój, który musiałem stoczyć na trasie biegu, kiedy naprawdę było ze mną słabo. Zaliczyłem niezłe pływanie, znakomity wynik na rowerze i kiepskie bieganie. Ale to wszystko zaowocowało całkiem niezłym wynikiem końcowym. Może nieco gorszym od planowanego, może miejsce też było nieco gorsze od założeń. Ale walczyłem do samego końca. Tak jak walczyli moi rywale. Czasem pozorna porażka może być cenniejsza od zwycięstwa. Ja w Gdyni poczułem smak satysfakcji z pięknej rywalizacji na trasie, cudownej atmosfery jaką sprezentowali nam kibice, ale przede wszystkim zyskałem coś znacznie cenniejszego. Ironman Gdynia uświadomił mi to, co od dawna wpaja mi mój trener Piotrek Netter. Zamiast startować na ilość i zaliczać dziesiątki zawodów lepiej skupić się na jednej, dwóch imprezach i tam wystrzelić ze szczytem formy. Satysfakcja z jednego konsekwentnie realizowanego celu jest nieporównywalnie większa od dziesięciu połowicznych sukcesików. A ja w niedzielę poniosłem srogą karę za to, że nie umiałem sobie znaleźć sportowych priorytetów. Lecz w przyszłym sezonie to się na pewno zmieni.

Ostatecznie byłem 67.w generalce na niemal 2000 zawodników, 12.w kategorii wiekowej na 560. Co ciekawe przez pewien czas na rowerze zajmowałem 2-3 miejsce.  Mój czas na mecie to 4.39.03, trzy i pół minuty gorzej o życiówki. A co najciekawsze, rower – 2.21 i był to 28 czas wszystkich zawodników. Jaki z tego wniosek?! Jeszcze tylko nauczę się biegać i będę super. Szkoda, że to nie jest takie łatwe ;-)

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Gratulacje raz jeszcze!!!!!!!!!!!!

  2. „Jak to było ze statekiem?”- napisz jak to było ze slotem;). Ps . Wbrew pozorom było trudno. Naprawdę gratulacje. Zrobiłeś mega postęp!!!

  3. Gratulacje !!! Jest inspiracja na własne zmagania!

  4. Maciek ogromne gratulacje, wiem co znaczą kolejne podbiegi na Świętojańskiej, kiedy z każdą pętlą wcześniejszy plan przyspieszenia oddala się jak odjeżdżający pociąg.
    Rower masz piekielnie mocny, pływanie świetne, bieg coraz lepszy. Piszę to z perspektywy gościa, który wszystkie dystanse „na sucho” biega nieco szybciej od Ciebie – benchmarkiem był dla mnie w tym roku Półmaraton Warszawski- a mimo to w triathlonie nie mogę się zdobyć na takie tempo. Szacun i powodzenia w osiąganiu dalszych celów

  5. Gratuluję wyniku… impreza była super :)
    A za ten statek(gdyby mnie ratownik nie zawrócił to pewnie też bym go opłynął) powinni tego spikera ze startu na maszcie za jaja powiesić…nadłożyłem 150m i sporo nerwówki co się dzieje:/

  6. Super tekst. Mam bardzo podobne wrażenia z każdej składowej zawodów. Niestety wpadłem na metę kilkaset zawodników po Tobie :)
    Czułem się mocno zagubiony uderzając prawie czołem o burtę żaglowca – niestety nadrabiając kilkadziesiąt metrów. Dzięki za wyjaśnienia przyczyny zmiany mejsca zakotwiczenia żaglowca – zastanwiam się, czy nie mozna było uniknąć tej sytuacji.

  7. Po pierwsze gratuluję mega wyniku. Czas Twojego roweru zabija. To jest niewiarygodne, że amator (przepraszam za to sformułowanie, lepsze by było „były amator”) potrafi tak szybko jechać.
    Po drugie przegrałem z Tobą bieganie tylko o niecałą minutę, co jest dla mnie naprawdę ogromną satysfakcją. Co prawda całość przegrałem o 50 minut, ale nie wszystko na raz! :)
    I też nadłożyłem trochę próbując płynąć w stronę statku :)

  8. Maciek ogromne gratulacje!!! To były trudne zawody.
    Pogoda podczas biegu nie rozpieszczała, stąd nie było łatwo, im później się rozpoczynało bieg tym trudniej było. Widzieliśmy się na starcie rok temu i pamiętam jak mówiłeś, że jesteś po….. :).
    Tym razem gdy Cię zobaczyłem wiedziałem, że jesteś gotów by walczyć do końca, co zrobiłeś, pokazując jak należy to robić. Super.
    ps. przepraszam za oliwę :).

  9. Bardzo fajna emocjonalna relacja. W zasadzie moje podsumowanie było podobne, super rower i umieralnia na biegu od drugiego kółka. Gratuluję wyniku i do zobaczenia na kolejnych tri-wyzwaniach lub gdzieś na „wiosce” :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top