Aktywny wypoczynek, Motywacja, Trening / 

Cholerny Achilles czyli wszystko szlag trafił?!

Prawdziwych twardzieli poznaje się nie po tym, kiedy wszystko im wychodzi, tylko wtedy, gdy pokonują przeciwności losu. Już jakiś czas temu moja żona z przerażeniem zastanawiała się co się stanie, jeśli kiedyś przytrafi mi się jakaś poważna kontuzja, która wykluczy mnie z rywalizacji i trenowania na dłuższy czas. Tak, przyznaję. Triathlon może nie jest dla mnie wszystkim, ale bardzo istotnym wypełnieniem mojego życia. Idealnym balansem pomiędzy pracą, rodziną i spełnieniem moich ambicji. Kiedy parę razy pomyślałem o zrezygnowaniu z poważnego trenowania i ścigania, uświadomiłem sobie, że tej pustki tak łatwo nie wypełnię. To jest mój świat, moje życie i moja samorealizacja.

No i stało się. Zaczęło się niewinnie. Drobny pozasportowy uraz w trakcie poprzedniego sezonu. To wprost śmieszne, chociaż wcale mi teraz nie do śmiechu, że facet, który trenuje 600 godzin rocznie, cały czas balansując na granicy swoich możliwości, dał się uziemić przez banalny, jeden niewłaściwy krok. Po prostu – stanąłem krzywo na krawężniku i naciągnąłem achillesa. Mimo to bez większych problemów dotrwałem do końca sezonu. Komplikacje zaczęły się pojawiać po powrocie do treningów na początku listopada. Jednak wciąż wyglądało to na błahostkę. Kilka zastrzyków, trochę zabiegów u fizjoterapeutów i miało być po wszystkim. I było. Trochę pobolewało, szczególnie po spaniu, ale wystarczyło się rozgrzać i właściwie nic nie czułem. Do czasu.

Forma szła w górę. Wszystko było na dobrej drodze. Szykowałem się do pierwszych zawodów – 1 kwietnia w Chinach. To miał być poważny start, walka o bardzo dobry czas i wysokie miejsce. Może nawet slota na MŚ. Niestety 3 tygodnie temu coś mnie zabolało podczas treningu. Miałem nadzieję, że to tylko chwilowy problem, ale niestety kolejne dni nie pozostawiały złudzeń. Już pierwszy z lekarzy zapowiedział, że leczenie takiego urazu to przede wszystkim czas, długi czas, kilka tygodni. Wszystko fajnie, ale mieliśmy prawie połowę lutego, właśnie zacząłem czuć moc i myślami byłem już w Chinach. W pierwszej kolejności chciałem uratować zawody. W tamtym momencie wydawało mi się to priorytetem i byłem gotów wszystko poświęcić, żeby tylko 1 kwietnia wystartować. I może był to błąd. Bo zamiast od razu podjąć skrajne środki, poświęcić Chiny, ale spokojnie się wyleczyć i uratować cały sezon w Polsce, chwytałem się wszelkich możliwości.

Efekt był taki, że po pierwszej, tygodniowej, dość eksperymentalnej terapii próbowałem pobiegać i niestety ból powrócił. Dwa dni później znów to samo i już wiedziałem, że sytuacja nie jest różowa. Propozycji leczenia pojawiło się sporo. Najbardziej radykalna to wstrzyknięcie sterydu. To zapewne dałoby efekt natychmiastowy. Wszystko fajnie, ale skutki w dłuższej perspektywie mogłyby być tragiczne. Fakt, kusiło mnie to przez chwilę, ale po dłuższym przemyśleniu i konsultacjach z moim przyjacielem profesorem Arturem Pupką uznałem, że trzeba zachować resztki zdrowego rozsądku. Pojawiła się nadzieja, że jeszcze zdążę się wykurować rehabilitacją i najwyżej nieco bez formy, ale jednak wystartuję w Chinach. Duża tu zasługa ekipy z Podhala, w szczególności Michała Zarzyckiego i doktora triathlonisty Mateusza Mackosia, którzy objęli mnie fachową opieką podczas mojego pobytu w górach. Ale w końcu pogodziłem się, że te zawody są raczej poza moim zasięgiem. I kiedy już zacząłem sobie układać w głowie nowy plan na sezon 2017 i ustawiałem sobie nowe priorytety, otrzymałem kolejny, brutalny cios.

 

PO powrocie do Warszawy trafiłem do wybitnego specjalisty dr Rymarczyka, którego zresztą zakopiańska ekipa gorąco polecała. Wyrok był niemal natychmiastowy. Potrzebny jest zastrzyk z osocza bogatopłytkowego czyli tzw PRP. Sam zastrzyk to nic nadzwyczajnego. Najpierw pobranie krwi, później odwirowanie osocza, znieczulenie, a następnie doktor w asyście speca od USG dr Kranca wstrzykuje materiał w Achillesa. Raczej nie boli, tylko nieprzyjemne jest uczucie rozpierania. Problemem jest to co wydarzy się później. 2 tygodnie kompletnego unieruchomienia – chodzenie o kulach w bucie ortopedycznym, następnie kolejne 4-6 tygodni bez pełnej aktywności. Masakra. O Chinach nawet nie wspomnę. Teraz walka zaczyna się o to, aby wyrobić się na czerwcowe zawody 5150 w Warszawie czy pierwszą połówkę na początek wakacji. Sukcesem będzie zbudowanie wysokiej formy na sierpniowy Ironman 70.3 w Gdyni.

Jakby ktoś mi powiedział 4 tygodnie temu, że mój cały sezon 2017 jest pod znakiem zapytania to chyba bym się popłakał. Ale stało się. I o dziwo staram się znosić to wszystko z godnością. Sukcesywnie przeglądam kalendarz zawodów i zastanawiam się jak to złożyć w jedną całość i nie stracić ostatniego roku startów w kategorii M35. Nie po to ciężko zasuwałem przez 4 miesiące z wiarą, że będzie to bardzo udany sezon, żeby się załamać i odpuścić. Trochę formy już zbudowałem. Pływanie i rower wyglądały naprawdę dobrze, a jeszcze do wczoraj normalnie trenowałem te dwie dyscypliny, a nawet więcej niż zwykle, bo kosztem biegania. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z konsekwencji 6-8 tygodni bez treningu. Ale po pierwsze praca już wykonana nie zostanie w całości zmarnowana, a poza tym już na dniach mogę zacząć ćwiczyć wszystkie partie od kolan w górę. Poza tym, po dwóch tygodniach będę mógł zacząć pływać na rękach, a później kręcić na rowerze. Co prawda lewą nogą będę musiał naciskać na pedał z pięty, a nie śródstopia, ale lepsze to niż nic. Tak łatwo się nie poddam.

Wierzę głęboko, że to będzie jeszcze bardzo udany sezon. Muszę jedynie na nowo zdefiniować swoje cele. Pewnie zacznę od krótkich dystansów, a pierwsze ściganie na połówkach przełożę na drugą część sezonu. Lepsze to niż nic. Przede wszystkim muszę teraz trzymać wagę. No i wreszcie, siłą rzeczy, popracuję nad przygotowaniem ogólnorozwojowym. No bo co innego mi pozostało. Ewentualnie obżarstwo przed komputerem, ale chyba mnie już znacie?! Nie ma takiej opcji. Wygląda na to, że dopiero teraz będę musiał udowodnić sobie, że jestem prawdziwym Ironmanem. Do zobaczenia na treningu już wkrótce!!!!!

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. Trzymaj się Maciej! Zdrowie najważniejsze, startów przed Tobą jeszcze wiele!

  2. Czy możesz zdradzić jaki jest koszt takiej terapii?

  3. Cierpliwości…tej cholernej cierpliwości uczą nas takie zdarzenia. Jak bardzo Cię rozumiem, TriBracie :)
    Wszystko jednak wróci na właściwe tory, bo przecież zawsze wraca… prawda? :)

  4. Obroty spraw bywają ŕóżne. Nie zrobiłem jeszcze Ironmana, a przez 3 sezony byłem woluntariuszem w Haugesund. Za trzecim razem chciałbym być Ironmanem. Praca, studia, zbyt ciężki trening od początku spowodowały, że w pływaniu naderwałem sobie mięsień ręki, a ciężka praca I zbyt ciężka siłownia zwaliły mnie do pozycji leżącej (płacźąco/krzyczącej)- kręgosłup odmówił posłuszeństwa. Czasami jest za mocno- ja zdecydowanie potrzebowałbym trenera… Ciało jest jakie jest- dobrze jest wiedzieć jakie jest- dostosowywać wszystko do momentu w jakim jest😊. Piszę, bo pisanie zobowiązuje-też myślę o Gdyni, a nie zrobiłem za wiele. Zacząłem biegać zbyt mocno, bo już biegałem… i przywałęsała się kontuzja kolana. W głowie wszystko wydaje się prostsze, teraz to już mam cel….

  5. Maciek w dupe można sobie wsadzić rady typu, cierpliwości, zdrowia życzę. Bo łatwo się tak pisze jak człowiek jest zdrowy.
    Jak widać nie da się wszystkiego w życiu zaplanować, teraz każdy by chciał rozpisać każdą sekundę swojego życia. Ważne abyś nie wyładowywał się na bliskich cieszyć się z czasu dla siebie i rodziny. Zawsze masz jeszcze drugą nogę zdrową i ręce więc sobie poradzisz

  6. Taki twardziel jak Ty po każdej kontuzji wraca 2x mocniejszy i tego Ci życzę z całego serducha.

  7. artykul z 29 wrzesinia 2016 twoje slowa w końcu przekraczasz linię mety, czujesz się bardzo szczęśliwy. Udowadniasz sobie, że masz jaja i charakter nie do zdarcia. I żaden cwaniak nie ma prawa podważyć Twojego sukcesu!! Wiesz też, że po takim zdarzeniu nie wiele jest spraw, które mogą Cię złamać i to jest chyba największą wartością tego całego pieprzonego Ironmana!!! iron man to nie 12 godzin wysicigu dotknolesi rzeczy nieosiagalnych dla doskonalej wiekszosici z ludzi. Gluwnom cechom iron mana (z dosiwiadczenia na wlasnej skurze wiem ) Ze prendzej skaly beda sraly niz iron man sie podda a wiec dokladnie te same przemysilenia jak twoje fajnie jest wiedzieci ze nie jest sie sam w chicago dziekuje Maciek za artykul wracaj do zdrowia jak najszybciej

  8. Siedzę trochę w sporcie i niestety ludzie z takim maniakalnym podejściem na ogół kończą z kontuzja lub z wypaleniem. Ale co nie zabije to wzmacnia po takich przygodach człowiek już woli nie iść na trening jak coś go boli. Życzę zdrowia i powrotu na trasy.

  9. Powodzenia to bardzo dobry zestaw lekarzy. Przechodziłem z nimi więzadło krzyżowe, łąkotkę i za trzecim razem więzadła w stopie. Jeśli zabraknie motywacji rzuć okiem tutaj http://polskabiega.sport.pl/blogi/pod_wiatr

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top