Aktywny wypoczynek, Events, Motywacja / 

Ale było SUPER!!!!

No i poszło. Historyczne, pierwsze zawody 5150 Warsaw Triathlon za nami. Nie będę ściemniał. Dla mnie zawody bardzo udane, pod wieloma względami. Chociaż nie ustrzegłem się błędów i znów musiałem mierzyć się ze swoją wrodzoną nieporadnością, wszystko wyszło naprawdę fajnie. Ale przede wszystkim stolica zyskała rewelacyjną imprezę. Rzekłbym nawet spektakularną, bo w swojej kilkuletniej „karierze” nie startowałem jeszcze w tak fantastycznych zawodach. Owszem, można się przyczepić, jak zawsze, do kliku niuansów. Jednak połączenie lokalizacji, atmosfery i klimatu Warszawy dało efekt piorunujący. Przynajmniej ja tak to odbieram.

Ale od początku. 5150 Warsaw – czyli zawody pod sztandarem Ironman na moim ulubionym dystansie olimpijskim bez draftingu czyli jazdy na kole były ostatnią prostą przed pierwszym w tym roku startem A czyli ½ IM w Suszu. Mój trener , Tomek Kowalski nie pozostawił mi złudzeń. Jego plan na moje ściganie był „juniorsko” prosty. „Płyniesz w pałę, jedziesz w pałę, a na biegu się zobaczy” – czytaj biegniesz w pałę. Mój treneiro chyba za bardzo się przyzwyczaił do prowadzenia kozaków w typie Michała Podsiadłowskiego czy Marcina Koniecznego. Co ja biedny na ich tle mogę zrobić?!

Ano mogę! Podpatrzeć najlepszych od kuchni. Podstępnie, tylko i wyłącznie z cynicznego wyrachowania zaproponowałem Koniecznemu nocleg u siebie przed startem. Oczywiście żeby go naśladować i ewentualnie podtruć cieciorką, co niemal udało mi się rok temu przed Półmaratonem Warszawskim. Tym razem legendarny Mkon był znacznie bardziej uważny i dokładnie sprawdzał czym go częstuje. Głównie jednak chodziło o to, aby podglądać Mistrza i robić dokładnie to co on. Kiedy wieczorem przed startem on sięgał po łyk wody, ja też sięgałem. Kiedy wziął dwa kawałki pizzy, ja również wziąłem dwa… No dobra, trzy, ale po uprzednim wyliczeniu, że jednak jestem cięższy o jedną trzecią i dokładnie tyle więcej pizzy mi się należy. To samo z przedstartowymi rytuałami. Mkon wywalił bezczelnie nogi na nasz rodowy stolik do kawy. To i ja wywalam. Założył kompresję, nie mogłem inaczej. Wziął trzy żele na rower, ja również. On przygotował swój strój startowy nie krępujący ruchów, ja…?! O nie. Tego już za wiele. W takie gatki, w moim mieście, przy moich znajomych, to ja się nie wbiję. Mój idol poszedł po bandzie.

13450303_642073285944002_1418747382881240377_n

Dwie strefy zmian, jazda na rowerze z punktu z Zegrza do centrum Warszawy, to wszystko uatrakcyjnia zawody, ale i wprowadza kilka komplikacji logistycznych. Na szczęście już to kiedyś przerabiałem i dość sprawnie ogarnąłem temat. Najważniejsze nie zawalić spraw w dniu zawodów.

Rano budzimy się Marciem chwilę po piątej rano. Szybka kawka i już pędzimy na miejsce zbiórki. Z Placu Teatralnego ma być podstawiony autobus nad Zegrze. Godzina jazdy na stojąco nie jest kuszącą perspektywą. Chcemy przycwaniakować i zająć zawczasu miejsca siedzące. Nie my jedyni. W końcu za trzecim lub czwartym podejściem wyrywamy wolne fotele. Właściwie półtora fotela, co czyni podróż jeszcze bardziej ekscytującą, intymną i niewątpliwie emocjonalną. Godzina ocierania się z Czempionem udo w udo – ładunek mistrzowskiej energii – tego nie da się przecenić. No i dyskusje, dyskusje, dyskusje. Że też kilkadziesiąt dorosłych osób może w kółko pieprzyć o aerodynamice, efektywności biegu i wyższości oddychania na trzy w kraulu. Co za banda nudziarzy ;-) . Nie, no żartuję!!! Było ekstra. Jak na wycieczce klasowej pod koniec podstawówki. Aż dziw bierze, że nikt nie wyjął zza pazuchy piersiówki.

13394027_1727156160856507_4476762855398680276_n 13427821_1727180940854029_7652121799788504888_n

Lądujemy na miejscu po siódmej. Czasu mało, odległości spore. W zamieszaniu jak zwykle zapominam. Najpierw skorzystać z kibelka przed wszystkimi. Później włożyć żele do pojemnika na rowerze. Następnie zakleić otwór w dysku. Szaleństwo. Tu trzeba oddawać rzeczy do depozytu, tam już nakładać piankę, a ja wciąż szukam wolnej toalety. Rzutem na taśmę zaklejam nieudolnie dysk taśmą izolacyjną i biegnę na plażę. PRO już wystartowali. Moja fala leci 20 minut później. A tu psikus. Alarm bombowy i nasz start przesuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość. Niestety, takie czasy. Na szczęście ISIS chwilowo odpuściło triathlonowej społeczności, a rzekomy ładunek okazuje się być niegroźnym słoikiem z jakimś wystającym ze środka kablem. Jak nic sabotaż „słoików”. W końcu, po godzinie smażenia się na plaży ruszamy. Zamulony nieoczekiwanym relaksem niemrawo pokonuję pierwsze metry odcinka pływackiego, a właściwie biegowego, bo woda początkowo sięga do kolan. Zanim zaczynamy naprawdę płynąć robi się spory kocioł. Kompletnie przesypiam start i wdaję się w jakąś niepotrzebną szamotaninę w pralce. Strzał w twarz i już czuję co nieuniknione. Zalany prawy okular. Co robić?! Stawać i poprawiać czy lecieć dalej. Decyzja – olewam. Na pływanie nie ma to wpływu. Robię swoje, choć nawigacja utrudniona. Nie ma co się szarpać. Łapię czyjeś nogi i trzymam tempo zawodnika przede mną. Jest ciut za wolne, ale gość płynie po prostej, unikając większych kolizji z czerwonymi czepkami czyli zawodnikami, a głównie zawodniczkami z fali, która wystartowała jakieś 6 minut przed nami.

13413149_1079307018807077_8123830115906424837_n

Dopływamy do brzegu w trzyosobowej grupie z Pawełem Reszke i Michałem Siejakowskim. Michał to faworyt mojej kategorii, były zawodowiec, przed laty wielokrotny Mistrz Polski w triathlonie, ale także Mistrz Europy w duathlonie. W ostatnich latach pływałem od niego odrobinę lepiej. Wiem już, że nie było zbyt szybko, ale i tak wyprzedziliśmy niemal wszystkich „czerwonych”. To niezwykle ważne w kontekście bezpiecznej jazdy na rowerze. Dość długi dobieg do strefy, szybka zmiana i już siedzę na rowerze. Cel numer jeden – nie odpuścić Siejakowi. Wiadomo, że na biegu mnie zmasakruje, ale jeszcze nigdy nie byłem przed nim po rowerze. A rower facet ma bardzo mocny.

Na pierwszych metrach odpada od nas Paweł Reszke. Ma jakiś problem ze sprzętem, na szczęście szybko się ogarnia. Siejakowski jest 30 metrów przede mną. Idealnie – na tyle daleko, żebym nie musiał się martwić o przepisy ( zakaz jazdy na kole ), na tyle blisko, żebym czuł krew. W sumie to i tak bez znaczenia, bo mam jechać swoje czyli na Waty. Trener kazał lecieć powyżej 330W. Ale to nie takie proste. Szczególnie, że od samego początku zamiast na jeździe skupiam się na tykaniu. Coś mi tyka w rowerze. Zaraz dostanę szału, bo ewidentnie to tykające coś nie jest dobrym znakiem. Zatrzymać się i sprawdzić czy jechać dalej?? Doświadczenie mówi „.. zatrzymaj się, popraw, bo potem będziesz sobie pluł w brodę..”. Ale tykanie chyba nie wpływa na szybkość, bo moc się zgadza, a Siejakowski nie ucieka. Więc olewam, chociaż tykanie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Dopiero po kilku minutach dywagacji nad tykającym kurestwem odkrywam, co jest źródłem tego cholerstwa. Taśma izolacyjna, którą w pośpiechu zaklejałem otwór na wentyl w dysku częściowo się odkleiła i uderza o tylny widelec. Chciałem być hiper aero, to mam za swoje. Jestem spokojniejszy. Sprzęt jest cały. Jedna setna wata straty przez tykanie raczej nie wpłynie na mój wynik. Wreszcie skupiam się na jeździe. Skoro pożar ugaszony to czas zaatakować. Naładowany nowym zastrzykiem energii zrywam się do heroicznego ataku. Wyprzedzam Siejaka i czuję, że jestem mistrzem. Przez jakieś 2 kilometry. Chyba za dużo mnie to kosztowało. Po kilku minutach Michał kontratakuje i odjeżdża na sporą odległość. Teraz zaczyna się walka o to, aby zachować z nim kontakt wzrokowy. Dalej wielkiej historii nie ma. Wyprzedzamy kolejnych zawodników, a na trasie robi się bardzo luźno. Dopiero po przejechaniu mostu, w samej końcówce udaje mi się w dogonić Siejakowskiego i do strefy zmian wpadamy niemal równocześnie. Strefa zaskakuje swoją pustką. Wisi dosłownie kilka rowerów. To zawsze dobry znak i wspaniały motywator. Wybiegam na trasę i czuję, że jest nieźle. Przed zawodami ledwie marzyłem o pierwszej 20tce w generalce i podium w kategorii. Lecz w tych zawodach miało to być zadanie niezwykle trudne. W sumie kilkunastu zawodowców na starcie, wielu bardzo dobrych amatorów, a w mojej kategorii byli wyczynowcy. Siejak już wystrzelił ze strefy zmian jak z procy i tyle go widziałem. Sam fakt, że do T2 szedłem z nim równo to już wielki sukces. Teraz tylko obronić miejsce w czołówce.

Trasa biegowa trudna, ale arcyatrakcyjna. Możliwość biegania po najbardziej reprezentacyjnej części miasta, w tłumie ludzi, to niecodzienna gratka. Próbuję trzymać swoje tempo – marzenie to pobiec w okolicach 40 minut. Już na początku wyprzedza mnie kilku szybkich młodziaków. Na szczęście to nie moi bezpośredni rywale. Ci z najmłodszych kategorii czyli wszyscy poniżej 30tego roku życia raczej mi nie zagrażają. Startowali wiele minut wcześniej. Ale tuż za mną czai się grupa 30 latków, która będzie mnie spychać w generalce. W sumie to nie ma znaczenia. Chcę zrobić możliwie najlepszy wynik, miejsce ma drugorzędne znaczenie. Startuję dla siebie, dla własnej satysfakcji i pokonania własnych słabości, a nie po to by bawić się w jakieś podium czy inne bzdety. CO!!!??? Bullshit!!! Nie po to tak walczyłem przez ponad godzinę, żeby teraz, na własnym terenie, będąc tak blisko mety wbijać sobie w łeb jakieś populistyczne brednie!!

13418773_1079337265470719_4430094043294031907_n

Mnóstwo znajomych kibicuje na trasie. Muszę wypluć płuca i zawalczyć o to cholerne szkiełko. Zwycięstwo odeszło, a właściwie odbiegło w siną dal wraz z napisem „Siejakowski” na tyłku. Ale wciąż jeszcze są dwa miejsca na podium i nie ma co się mazgaić, tylko trzeba spiąć poślady.

Kiedy prowadzę wewnętrzną walkę, dostaję celny strzał prosto w środek morale. Z gracją i finezją wyprzedza mnie Paweł Traczyk, z mojej kategorii. Że też ja go wcześniej zupełnie nie zauważyłem. A powinienem. Gość w zeszłym roku zlał mnie jak dzieciaka w Gdyni. Kiepsko to wygląda, bo gdzieś niedaleko jest jeszcze jeden zawodnik, którego bałem się najbardziej – Sergiusz Olejniczak, także ex PRO. Kilka lat temu facet założył mi dubla na trasie biegowej, mimo, że startowaliśmy w tej samej fali. Takiej traumy się nie zapomina.

Jest i on. Zauważam go po pierwszym nawrocie. Goni mnie bez litości. Jasna cholera. To były dobre zawody. Pojechałem świetny rower, byłem w ścisłej czołówce po T2 i ma się to skończyć się jak zwykle?! Ile to razy już spaprałem wszystko na ostatnim etapie, niemal bez walki poddając się na biegu?! Dziś musi być inaczej do jasnej cholery. I jest. Do podbiegu na Karową. Legendarny odcinek specjalny warszawskiej barbórki jest może atrakcyjny kiedy ścigają się na nim rajdówki, ale na pewno nie kiedy ja próbuję pod nią podbiec. Za pierwszym razem jeszcze jakoś idzie.

Pokonuję nawrót przy samej Starówce. Dookoła tłumy ludzi, sporo kibicuje. To naprawdę pomaga i niesie do przodu. O dziwo szybko odzyskuję rytm i zupełnie nie zmęczony zaczynam drugą, finałową pętlę. Biegnie mi się wspaniale. Nakręca mnie publiczność, okoliczności przyrody i jakaś dziwne poczucie, że te 10 km wyjątkowo mi się nie dłuży. Wciąż mam sporą przewagę nad czwartym zawodnikiem. Ostatni zbieg z Karowej uświadamia mi dwie sprawy. Po pierwsze – to może się udać!!! Po drugie – żeby się udało nie mogę wymięknąć na podbiegu. Cierpię, teraz już nie ma wątpliwości. Bieganie pod górkę, po kostce brukowej to nie mój klimat. Kiedy w końcu jestem na górze ogarnia mnie euforia. Po ostatnim nawrocie widzę, że nic nie widzę. Owszem jest tłum zawodników, ale tego jednego, który mnie interesuje, nie ma w pobliżu.

Końcówka jest rewelacyjna. Wzorem innych imprez spod znaku IM, ostatnie kilkaset metrów to wyłożona pięknym dywanem autostrada do nieba. Nieba czyli mety. Pamiętam, jak 2 lata temu w Gdyni po raz pierwszy i mam nadzieję ostatni musiałem wycofać się z zawodów. Obserwowałem wtedy wpadającego na metę Michała Majkę. Ten komfort i niepowtarzalność wbiegania na ostatnią prostą, kiedy wiesz, że przed Tobą jest dosłownie garstka zawodników, a Ty zrobiłeś kawał dobrej roboty. Nigdy nie zapomnę, jak Michał odwrócił się tylko, aby sprawdzić czy nikt go nie goni, a na jego twarzy pojawił się grymas zmęczenia zmieszany z wielką satysfakcją. Mając w przed oczami ten obraz, odwracam się i już wiem, że nikt więcej dziś mnie nie dogoni. To jest ten moment, ta chwila, która rekompensuje każdy trening, każde poranne wstawanie i inne poświęcenia, bez których nie dałoby się robić tego co lubię.

13451296_1291995207496401_607560049_n

Ostatecznie czas na mecie 2.08.18. Dobry, 8 czas roweru – przegrałem na tym etapie tylko z jednym amatorem, Koniecznym – niech go szlag ;-). Pływanie średnie, ale jak na mnie dobry bieg – poniżej 40 minut. Jednak nie ma co się podniecać. Brakowało 200 metrów.

W generalce tak jak sobie wymarzyłem, pierwsza 20tka, w kategorii pudło. A to w sumie był tylko start na przetarcie przed Suszem.Wygląda na to, że robię dobrą robotę pod fachowym okiem dobrego trenera. Na bardziej wylewne wnioski zaczekam do 26 czerwca. Za dwa tygodnie już nie będzie wytłumaczeń. Dlatego teraz już głównie odpoczywam.

Wielkie brawa dla całej ekipy TRINERGY, trochę nas było na podium ;-). Szczególne WOW dla Pawła Kalinowskiego  – mega start!! Wielkie dzięki dla wszystkich zawodników, bo mimo rywalizacji panowała fantastyczna atmosfera. Dziękuję kibicom, bo stworzyli nam idealne warunki do ścigania. I ukłony dla wolontariuszy, bo bez nich takie imprezy nie mają racji bytu.

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Komentarze

  1. 5 kawałków zjadł… a nie trzy

  2. Gołe 330W to dość skąpa informacja. Ile to będzie W/kg i %FTP?

    1. Hej. Wychodzi ok 3,7-3,8 w/kg . Ftp nie robiliśmy

  3. Maciek, mam nadzieję, że kibicowanie mojej córki na foteliku rowerowym cos pomogło :) Później ciągle pytała co to był za Pan i ona też chce tak biegać szybko. Teraz to nie mój level, ale za rok lecę z Wami. Pozdrówki

    1. Pozdrowienia dla córki 😄. Wielkie dzięki

  4. Myślę, że Sergiusz wspaniałomyślnie podarował Ci to trzecie miejsce na pudle. To bardzo szlachetny człowiek ;)

    1. Cos mi sie tez tak wydaje 😜

  5. Świetnie sie to czyta. Jesteś mega motywacją! Powodzenia w Suszu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top