A jednak wracam! Pierwszy start!

Uwaga!!! Nadchodzę!! Może nie jak Feniks z popiołów, ale jednak. Wracam!! Parafrazując Twaina mogę stwierdzić, że plotki o mojej sportowej śmierci były nieco przesadzone.

Czas kontuzji nie był łatwy. Nawet bardzo. Korciło i kręciło mnie w środku przeogromnie. No bo jak tu spokojnie siedzieć na dupsku, które przy okazji w zastraszającym tempie się rozrasta, kiedy sezon co raz bardziej się rozkręca i kolejne osoby z wielkim bananem na twarzy prezentują swoje świeże trofea. Ale dość. Odsiedziałem swoje, w miarę rzetelnie odbębniłem rehabilitację i jestem. Może jeszcze nie w pełni sprawny, może daleki od szczytowej formy, może „ciut” przy kości, ale jestem i mam zamiar wyciągnąć z tego sezonu maksymalnie ile się da.

W sumie to nie jest aż tak źle. Bo chociaż z 15 godzin tygodniowo moja średnia treningów spadła o połówę, to jednak tak zupełnie nie zdziadziałem. Mało tego odkryłem, że da się żyć na większym luzie i do sportu amatorskiego trzeba podchodzić z większym dystansem. To oczywiście nie oznacza, że teraz postanowiłem zupełnie zarzucić swoje ambitne plany i jakimś magicznym sposobem wyzbyłem się tej najgorszej i zarazem najlepszej swojej cechy czyli chorej ambicji!! O nie. Wciąż mam w sobie instynkt szalonego charta, który jak widzi, że coś ucieka, to musi gonić, nawet jeśli nie wie po co. Jednak w trakcie leczenia kontuzji przypomniałem sobie jak miło jest czasem zwolnić, spędzić wieczór z przyjaciółmi, napić się wina i zjeść coś potwornie niezdrowego. A przede wszystkim nie mieć poczucia winy, że marnuje się czas. Marnowanie czasu jest w rzeczywistości cudowne!!

Kiedy już dostałem pomarańczowe światło od lekarzy czyli mogłem trochę bardziej się zmęczyć, poleciałem na Lanzarote. Podsumowując w krótkich, żołnierskich słowach taki wyjazd – POLECAM!!! Dla triathlonistów i kolarzy ta wyspa to raj!! Na rowerze wyżyłem się za te wszystkie dupogodziny spędzone na trenażerze i czas lenistwa wymuszony kontuzją. Góry, ciepło, mocny wiatr, piękne widoki, ocean. Było tam wszystko co potrzeba do szlifowania formy. Żałowałem jedynie, że nie mogę wykorzystać genialnych tras biegowych, bo wciąż achilles nie dawał o sobie zapomnieć.

Na szczęście po Świętach Wielkanocnych mogłem już próbować truchtać. Najpierw kilometr, później półtora. W końcu kilka razy zmierzyłem się z trójką, początkowo truchtem, w końcu po 5’/km. To nie jest tak, że jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki wszystkie problemy zniknęły i jestem jak nowo narodzony. Rzekłbym, że jest daleko od super, ale też równie daleko od źle. Ścięgno ciągnie, szczególnie blizna. Bieganie jest mało komfortowe, muszę być bardzo uważny i raczej nie wyobrażam sobie na razie wielkich intensywności i długich dystansów. Zapewne do końca życia będę musiał korzystać ze specjalnych, personalizowanych wkładek. Ale przecież to nie koniec świata.

Wreszcie w tym tygodniu pierwszy raz pękło 5 km. A skoro przebiegłem piątkę i żyję to znaczy, że mogę też przebiec taki dystans po pływaniu i rowerze. Ba…nawet lepiej, bo ścięgno rozgrzane czyli mniej narażone na uraz. Dziwnym zbiegiem okoliczności, tak się akurat złożyło, że w najbliższy weekend są zawody w podwarszawskim Piasecznie. I poza klasyczną ćwiartką jest tam również idealny dystans dla początkujących czyli 1/8. Szybko skonsultowałem temat z moją rehabilitantką, następnie lekarzem, później z trenerem i…jestem na liście startowej!!! Ledwie dwa i pół miesiąca po kontuzji, półtora miesiąca po odrzuceniu kul i zdjęciu usztywnienia stanę na starcie zawodów. Chyba nie muszę nikogo przekonywać jaki jestem szczęśliwy. O jakimkolwiek wyczynie nie ma mowy. Plan jest prosty – płynę na maxa, jadę na maxa, a później…truchcik emerycki do mety. Bez spinki, bez stresu, bez problemów, bez oczekiwań. Po prostu chcę przekroczyć metę, dostać medal finishera i otworzyć ten pechowy jak dotąd sezon. Sezon, który mógł w ogóle się nie zacząć.

To jak?? Widzimy się w niedzielę w Piasecznie!! Przybijcie mi piątkę jak będziecie mnie wyprzedzać na trasie biegowej. Ale błagam nie próbujcie mnie zmotywować do ścigania. To może się dla mnie bardzo źle skończyć, a trudno jest poskromić wrodzony instynkt!!!

Maciek – rocznik 78, prezenter TV i dziennikarz. Od lat byłem związany ze sportem, trenowałem pływanie i koszykówkę – niestety bez sukcesów. W wolnym czasie próbowałem chyba wszystkich dyscyplin, no może poza łyżwiarstwem figurowym. Po okresie fizycznego zaniedbania, kiedy dobiłem wagą do 115 kg, postanowiłem coś zmienić w swoim życiu. 4 lata temu odkryłem triathlon i właśnie tej dyscyplinie poświeciłem się bez reszty. Uwielbiam rywalizację. Dlatego dużo startuję. Chcę osiągnąć jak najwyższy poziom i spełnić swoje niezrealizowane sportowe marzenia z młodości. Każdego dnia staram się udowodnić sobie i innym, że nigdy nie jest za późno. I wszystko zależy od naszego nastawienia. Trenuję 10-20 h tygodniowo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top